Dziennikarka Beata (w tej roli Anna Grycewicz) robi dla TVP film o księdzu Jerzym w przededniu jego beatyfikacji.

Mało wie o jego życiu, nie wierzy w sens swojej pracy. Ostatnim przeżyciem religijnym dla jej pokolenia (trzydziestolatków) była śmierć Jana Pawła II. Księża to groza – mówi jeden z kolegów. Reporterka ma problem jak wielu Polaków: w brutalnej wojnie o władzę zniszczono większość autorytetów, wszystko jest podszyte polityką. Dlatego szuka wartości uniwersalnych. Imponuje jej Gandhi.

Na tej kanwie Paweł Woldan i Janusz Kotański stworzyli niezwykle sugestywną scenę. Karol Szadurski, jeden z bohaterów paradokumentalnego widowiska, grany przejmująco przez Wiktora Zborowskiego, wspomina, jak ksiądz Jerzy spodziewał się zamachu SB i obsesyjnie oglądał sekwencję filmu o Gandhim, który przygotowywał się na śmierć. Wstrząsające.

Równie poruszająco wypada wywiad z Joanną Sokół (znakomita Ewa Dałkowska), byłą sądową maszynistką, wyrzuconą z pracy za solidarność okazywaną księdzu. Pod koniec jego życia towarzyszyła mu w wyprawach poza Warszawę, ubezpieczając przed działaniami SB. Wspomina, jak w tym samym przedziale co ksiądz jechali jego przyszli zabójcy. Udali się za kapłanem do toalety, a działo się to w ostatnim wagonie. Joannę coś tchnęło: prześladowcy i ofiara minęli się przy tylnych drzwiach rozpędzonego pociągu, za którymi widać było tylko tory.

Mocne są sekwencje archiwalne, gdy do głosu dochodzi kapelan „Solidarności”. Zostały wplecione między rozmowy Beaty z przyjaciółmi Popiełuszki i esbekami. Dziennikarkę uderza, że w kazaniach nie było nawoływań do działań przeciwko władzy, tylko nauka o poszanowaniu godności człowieka i prawdy. Dziś znacząco brzmią słowa o tym, że praca i system są dla człowieka, a nie na odwrót. I komentarz kolegi Beaty, że początek lat 80. był trudny, ale wybory łatwiejsze, bo każdy wiedział, co jest dobre, a co złe.

Dowodem na to, że dziś wszystko się pomieszało, są pogardliwe uwagi przyjaciół reporterki. „Robisz hagiografię?” – kpią. Przypomina się „Ciało Simone” Krystiana Lupy o tym, jak osoby mające kłopoty z życiem duchowym i tożsamością nie potrafią zrozumieć, że zdarzają się osoby święte.

Scenariusz „Wierności” nie jest doskonały. Są w spektaklu i słabsze role. Ale nie mogło być inaczej, gdy TVP wzięła się do produkcji w ostatniej chwili. W pokazaniu zbrodni komunizmu, trwającej do dziś zmowy milczenia generałów i esbeków można było uniknąć naiwności. Podobne zarzuty padały także wobec „Katynia” Andrzeja Wajdy. Cóż: żyjemy w czasach, gdy erozja historycznej pamięci postępuje i trzeba operować uproszczonym językiem. Nie potrafimy uhonorować naszych bohaterów, tak jak na to zasługują.