Sportowo, oceniając jako laik i przeciętny kibic postawę polskich piłkarzy muszę oddać im szacunek. Zgadzam się w pełni, że wynik jest sprawiedliwy. I właściwe, po nasuwających wiele wątpliwości meczach z Albanią i San Marino, wcale się nie zdziwiłem. Nie będę bowiem pierwszy, który wskaże na fenomen polskiej piłki nożnej. Im bardziej na przedmeczowych konferencjach słyszę o nielekceważeniu teoretycznie słabszego przeciwnika, tym bardziej na boisku widzę piłkarzy, którzy są przekonani, że mecz wygra się sam i już są myślami w domu. Efekt jest często taki, że po fatalnej grze sensacyjnie przegrywamy lub remisujemy z tymi słabszymi, a zaraz potem wznosimy się na wyżyny światowe z faworytem, z którym w znakomitym stylu, jednak minimalnie, też przegrywamy lub remisujemy. W ten sposób nie zdobywamy punktów ani z tymi, ani z tamtymi. Nie bardzo lubię uogólnienia cech narodowych, ale wciąż jesteśmy mistrzami szarż straceńców, rzutów na taśmę itp. Wciąż musimy znaleźć się w sytuacji beznadziejnej, by dokonywać cudów, zgodnie z przesłaniem i duchem słów hymnu: „jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy”. Realizuje się narodowy mit: wielki zbiorowy czyn skazany na klęskę, z której potem robimy legendę. Jeśli zmianę tej mentalności ma na myśli trener Paulo Sousa, to i życzę mu z całego serca powodzenia, i podziwiam za niemal syzyfowy cel, który – nie chcę być złym prorokiem – może być powodem jego Waterloo.

Kilkanaście lat temu, w czasach supremacji drużyny niemieckiej, która wygrywała zawsze niezależnie od tego, kto grał na boisku, podkreślano, że dla Niemców przeciwnik jest nieistotny. Po prostu wybiegają na boisku i z żelazną konsekwencją realizują procedurę „wygrywanie meczu”. W najwyższym stopniu nauczył się tego Robert Lewandowski, co podkreśla wielu wielkich trenerów. Niektórzy nazywają to profesjonalizmem, ale profesjonalizm jest możliwy w otoczeniu profesjonalistów. Oczywiście, być może jest to nudne, ale czy jesteśmy znudzeni zwycięstwami siatkarzy?

To tyle sportowo. Ważniejsza i dużo smutniejsza albo bardziej irytująca jest refleksja, która już mniej dotyczy piłkarzy, a bardziej kibiców i ogólnej pobłażliwości. Gwizdy. Gdyby gwizdanie na przeciwnika w rywalizacji sportowej – co już powinno brzmieć fałszywie – było dyscypliną olimpijską, Polacy byliby jak Anita Włodarczyk, wygrywaliby seryjnie.

Czytaj więcej

Mecz Polska - Anglia: remis, który daje nadzieję

Środowe gwizdy należy widzieć w dwóch perspektywach: sportowo i pozasportowo. Byłem na Narodowym na meczu Polska-Izrael. Wtedy hymn gości skłonił sporą część patriotycznie nastawionej publiczności do gwizdów. To zachowanie, które zawsze było mocno napiętnowane i nie mieściło się w standardach cywilizacji, do której chętnie aspirujemy. Mam wrażenie, że ta jednoznaczna i mocna dezaprobata dziś, pod naporem śmiałości masowej, wyraźnie osłabła. Nie słyszę komentatorów, którzy by mieli odwagę cywilną nazwać rzecz po imieniu. Wtedy odpowiedzią tego drugiego stadionu (przekleństwo polskie) były oklaski, które później odnotowała i za które dziękowała ambasada Izraela. I jak z ogromnym trudem mogę zinterpretować te gwizdy w duchu tradycyjnej, wielowiekowej przyjaźni polsko-żydowskiej – co można zestawić jeszcze tylko z podobną zażyłością polsko-rosyjską i co rzecz jasna nie może być żadnym usprawiedliwieniem – to nie znajduję już niczego, co mogłoby być uzasadnieniem obrażania Królowej Elżbiety II. Być może gwiżdżący nad relacje z Wielką Brytanią przedkładają przyjaźń z bratankami znad Dunaju i, w kontekście historycznym, może mógłbym to zrozumieć, ale tym razem chodzi przecież o stosunek do rasizmu, niezależnie od tego, kogo i gdzie dotyka. Dobitnie to już niestety większość stadionu pokazała podczas gestu, który wykonała drużyna angielska. Gestu, co też warto przypomnieć w katolickim kraju nad Wisłą z ambicjami rechrystianizacji Europy, ma swoje chrześcijańskie znaczenie. Światowe media, a angielskie w szczególności odnotowały palec Lewandowskiego, którym wskazywał w tym samym czasie na hasło szacunku. Gest ten jednak w kontekście gwizdów na stadionie, wydaje mi się listkiem figowym. Był w tym kontekście niewystarczający. Prawdę powiedziawszy ucieszyłbym się, gdyby w odpowiedzi Roberta Lewandowskiego stać było na przyklęknięcie razem z Anglikami. Niekiedy bowiem sytuacja wymaga zachowań jednoznacznych, nawet takich, do których do końca nie jest się przekonanym, ale które stają się w danej sytuacji konieczne, by de facto nie być przeciw.

Gdyby gwizdanie na przeciwnika w rywalizacji sportowej – co już powinno brzmieć fałszywie – było dyscypliną olimpijską, Polacy byliby jak Anita Włodarczyk, wygrywaliby seryjnie

O gwizdach kibiców w kontekście sportowym wielokrotnie dyskutowałem przy różnych okazjach i w wielu mediach, i zawsze wychodziłem na głupawego idealistę, który nie rozumie praw stadionu i praw emocji sportowych, chętnie przywoływanych jako łatwe usprawiedliwienie zachowań małych a do tego zwykle przeciwskutecznych. Komentator telewizyjny Jacek Laskowski był łaskaw w czasie meczu wygłosić komentarz do trudnych do niezauważenia ciągłych gwizdów „wspaniałej, najlepszej na świecie polskiej publiczności”, że oto kibice próbują w ten sposób – cytuję - „zdeprymować przeciwnika”. Już widzę te zakompleksiałe wrażliwe mimozy - piłkarzy angielskich - którzy nigdy nie byli na tak wielkim i wspaniałym stadionie, i którzy, pod wpływem buczenia i gwizdu, zamkną się w sobie, przeproszą, że w ogóle śmieli wejść na boisko i zejdą do szatni. Ta logika jest tak głupia i psychologicznie wątpliwa, że trudna do komentowania. Zresztą, w podobnej sytuacji kilka lat temu, gwizdy na siatkarzy serbskich ich zawodnik uznał za niebywale mobilizujące do uciszenia tej hałastry. Takiej ciszy doświadczyliśmy na narodowym po strzale Harry'ego Kane’a. I taka logika wydaje się przynajmniej w sporcie dużo bardziej prawdopodobna. Przypominam choćby wielki konkurs skoku o tyczce na olimpiadzie moskiewskiej i „dialog” z publicznością Władysława Kozakiewicza okraszony słynnym gestem po zdobyciu złota. Wiele i celnie mówi się w tym kontekście o tzw złości sportowej, a takie bezrefleksyjne gwizdy tylko ją wywołują u przeciwnika. Piszę „bezrefleksyjne”, bo gwizdy mają miejsce na stadionie, ale w formie reakcji na konkretne sytuacje, na konkretne zachowania. Wtedy gwizdy mają szansę być wyrazem jakoś uzasadnionej dezaprobaty i powinny im, dla równowagi, towarzyszyć oklaski dla przeciwnika w uznaniu jego klasy nawet wtedy, gdy jest to związane z porażką „naszych”. To niestety właśnie ta „naszość” pojmowana patologicznie decyduje o zachowaniach, które w mojej ocenie są przejawem małości, prymitywizmu polskiego kibicowania, w kompletnej sprzeczności z duchem sportu.

BBC napisało o wrogości na stadionie warszawskim. Należy pamiętać i wciąż podkreślać, że sport wśród kibiców może a nawet powinien wywoływać emocje, które mają – jak to się często mówi – ponieść sportowców do zwycięstwa, ale nigdy nie jest to jednoznaczne z wrogością wobec przeciwnika. Paradoksalnie pragnienie zwycięstwa naszych nie jest jednoznaczne z pragnieniem porażki „nienaszych”.