Zdaniem prof. Ireny Lipowicz, rzecznika praw obywatelskich, część gmin może przyznawać programy pomocy rodzinom niezgodnie z prawem. „Rz" napisała o tym w ubiegłą środę.
Sprawa wywołała kontrowersje, bo Karty dużych rodzin to coraz popularniejszy sposób pomagania wielodzietnym, popiera je nie tylko rząd, ale także prezydent Bronisław Komorowski. Prof. Lipowicz wyjaśnia w rozmowie z „Rz", że nie jest przeciwniczką tych rozwiązań, ale gminy muszą ustalać je według czytelnych reguł.
Rz: Dlaczego podważa pani rozwiązania, które wprowadził Szczecin na rzecz rodzin?
prof. Irena Lipowicz:
Jako rzecznik praw obywatelskich nigdy nie kwestionowałam zgodności z konstytucją rozwiązań wspierających rodziny wielodzietne. W przypadku Szczecina sytuacja dotyczyła innej sprawy. Moje wątpliwości co do przyjętych tam rozwiązań powstały na skutek skargi niezamożnej rodziny, która z programu nie mogła skorzystać. Program nie mówił w pierwszej kolejności o pomocy rodzinom wielodzietnym, ale rodzinom niezamożnym. Rzecz w tym, że nie wprowadzał kryterium dochodowego określającego poziom zamożności.
I co w związku z tym?
Mogło się okazać, że korzystają z niego rodziny wielodzietne, które są w lepszej sytuacji materialnej niż te mniej liczne. A to nie odpowiadało idei i założeniom przyjętych rozwiązań. Rada miasta mogła zrobić program na rzecz rodzin wielodzietnych i nawet posiadanie dwojga dzieci mogło być kryterium uprawniającym do zniżek czy preferencji. Tymczasem zrobiła program dla niezamożnych, zastrzegając, że mogą z niego korzystać tylko rodzice wychowujący co najmniej dwoje dzieci. W tej sytuacji rodziny wychowujące jedno dziecko, będące w gorszej sytuacji materialnej niż rodziny liczniejsze, nie mogły korzystać z oferowanej pomocy. I to wzbudziło moje wątpliwości, czy w świetle prawa nie mamy tu do czynienia z naruszeniem zasady równości i sprawiedliwości społecznej.
Rodziny z jednym dzieckiem dyskryminowane!
Jeśli samorząd uchwali program dla wielodzietnych, nie będzie pani protestować?
Oczywiście, że nie. Przypominam, że występowałam do sądów w obronie praw dzieci i rodziców. Zwracałam m.in. uwagę na kwestię rekrutacji do przedszkoli czy likwidacji placówek oświatowych w małych miejscowościach. Z mojej inicjatywy NSA przyjął uchwałę potwierdzającą, że ulgi w opłatach za przedszkola dla drugiego i kolejnych dzieci z tej samej rodziny nie prowadzą do naruszenia konstytucyjnej gwarancji równości.
Wróćmy do kart. Rozumiem, że gmina, która uchwali taki program, może wpisać, że chce pomagać nawet rodzinom z dwojgiem dzieci?
Jeśli wystarczy jej pieniędzy, nie widzę problemu. Chodzi tylko o to, by kryteria były przejrzyste i czytelne. Nie może być tak, że np. rada miasta twierdzi, że wprowadza program dla rodzin ubogich, a następnie pomoc otrzymują rodziny zamożniejsze, bo mają więcej dzieci. Z drugiej strony, jeśli twierdzi, że chce pomagać wielodzietnym, i uzna, że są nimi nawet rodziny z dwojgiem dzieci, nie ma przeszkód, by to robiła. Nie musi też w takiej sytuacji wprowadzać żadnego kryterium dochodowego.
Gminy mogą zatem ustalać programy pomocy wielodzietnym bez względu na ich status materialny?
Jak już podkreśliłam, jest to sprawa zasobności gminy i wyboru priorytetów przez władze samorządowe.
Czyli nie będzie pani blokować Kart rodzin wielodzietnych?
Skąd takie pytanie? Mam wrażenie, że ktoś chce wprowadzić w błąd opinię publiczną. Nie tylko że nie jestem wrogiem takich kart, ale nawet zwolenniczką ich wprowadzania. Gminy muszą jednak ustalać tego typu programy z głową, stosować właściwe kryteria. Więcej, jestem zdania, że zarówno władze lokalne, jak i centralne powinny prowadzić bardziej zdecydowaną politykę prorodzinną, w tym sprzyjającą rodzinom wielodzietnym. Jej elementem mogą być oczywiście karty uprawniające do zniżek w opłatach za korzystanie z niektórych usług, np. ulgowe bilety wstępu do obiektów kulturalnych czy sportowych, ulgowe bilety komunikacji publicznej itp. Wtedy naturalnym kryterium obejmowania wsparciem tego typu rodzin jest liczba dzieci.
—rozmawiał Bartosz Marczuk