Tyle że
stany nadzwyczajne są wprowadzane tylko na określony czas. Takiego
stanu nie wprowadzono w związku z trwającą wojną cybernetyczną.
Czy zatem wpisywanie na stałe do ustawy rozwiązań właściwych takim stanom jest zgodne ze sztuką tworzenia prawa?
Nie jest zgodne. Bo ta sztuka jest opisana w konstytucji i nie dopuszcza takich zabiegów. Zresztą w tej ustawie jest jeszcze wiele innych przepisów stworzonych wbrew konstytucyjnym zasadom.
Jakich na
przykład?
Spójrzmy na treść nowego art. 67g ustawy. Daje on prawo ministrowi właściwemu do spraw informatyzacji wydania „polecenia zabezpieczającego” w przypadku wystąpienia tzw. incydentu krytycznego. To polecenie ma charakter normy prawnej. Nakazuje określonym podmiotom pewne zachowania, w tym usunięcie określonego sprzętu. Tu też są wyłączone niektóre prawa strony z kodeksu postępowania administracyjnego. Minister może na przykład nie uwzględniać stanowiska strony, gdy w grę wchodzi zagrożenie życia lub zdrowia ludzkiego lub niepowetowana szkoda materialna. Można to jeszcze zrozumieć, gdy chodziłoby o usunięcie urządzenia elektronicznego używanego w szpitalach do ratowania życia i zdrowia ludzi. To samo można uznać za usprawiedliwione, gdy chodzi o systemy sterujące dostawami energii. Ale w innych wypadkach takie „polecenie zabezpieczające” już nie służy takim wyższym celom. Co więcej, ma ono dotyczyć podmiotów niepodporządkowanych ministrowi. W ten sposób zostają one niejako „upaństwowione”.
Pachnie mi to
nacjonalizacją przedsiębiorstw w Polsce z końca lat 40. ubiegłego
wieku.
W pewnym zakresie tak jest. Gdyby minister wydawał rozporządzenie, będące źródłem prawa zakorzenionym w konstytucji – można by to zrozumieć. Ale to jest „polecenie”, zwykle wydawane podległym jednostkom. Jest natychmiast wykonalne. Zbliżamy się do wspomnianych przez pana rozwiązań ze stanów nadzwyczajnych. Bo jest tam pozbawienie własności, takie jak w czasie wojny np. rekwizycja pojazdów na rzecz wojska. Zanim przedsiębiorca zdoła dowieść w sądzie swoich racji i niesłuszności takiej rekwizycji, być może już upadnie. Co więcej – te polecenia zabezpieczające mają być publikowane w dzienniku urzędowym ministra cyfryzacji.
I co, trzeba
będzie śledzić te dzienniki urzędowe? Treść takich poleceń nie
będzie doręczana ich adresatom jak decyzja?
Ależ tu nie ma mowy o żadnym doręczeniu! Polecenie uznaje się za doręczone z chwilą ogłoszenia w tymże dzienniku urzędowym. Trochę mi to przypomina pewną scenę z „Przygód dobrego wojaka Szwejka”.
Którą?
Szwejk chciał zrobić przyjemność nadporucznikowi Lukaszowi, u którego był ordynansem. Lukasz chciał mieć psa. Szwejk ukradł zatem psa i podarował go temuż oficerowi. Okradzionym był ich przełożony, pułkownik von Zillergut, który dał potem stosowne ogłoszenie do lokalnej prasy. Niedługo później Lukasz wyprowadzał psa na spacer, ale miał pecha, bo napotkał pułkownika. Pies radośnie pobiegł w kierunku swojego prawowitego pana. Pułkownik zażądał wyjaśnień. Bezradny nadporucznik Lukasz nie pojmował, o co chodzi. Pułkownik na to: jakże to, nie czytaliście mojego ogłoszenia w prasie? Skończyło się nie tylko połajanką, ale wysłaniem Szwejka i Lukasza na front. Podobnie przedsiębiorca w zasadzie powinien do porannej kawy czytać dziennik urzędowy Ministra Cyfryzacji, by się dowiedzieć, czy w ogóle ma szansę dalej działać.