Reklama

Gen. Gielerak: Nie jesteśmy gotowi do wojny. Przed nami wiele pracy

Zgubiliśmy proporcje między tym, czym żołnierz walczy, a tym, co daje mu szansę przeżycia, gdy zostanie ranny - mówi „Rzeczpospolitej” gen. broni prof. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego - Państwowego Instytutu Badawczego w Warszawie.

Aktualizacja: 23.02.2026 10:34 Publikacja: 22.02.2026 07:54

Gen. Gielerak: Nie jesteśmy gotowi do wojny. Przed nami wiele pracy

Foto: Petro Zadorozhnyy / State Border Guard Service of Ukraine

Mijają cztery lata wojny w Ukrainie. Czy polska armia wyciąga wnioski z tego konfliktu zbrojnego? Jesteśmy lepiej przygotowani na wypadek pojawienia się takiego scenariusza?

Podejmowanych jest wiele inicjatyw, ale mają one charakter jednostkowy. Brakuje rozwiązań, które systemowo integrowałyby wszystkie działania – tak abyśmy mogli obiektywnie stwierdzić, że wojskowa służba zdrowia jest dziś dobrze przygotowana zarówno do bezpośredniego wsparcia sił zbrojnych, jak i do współdziałania z cywilnym systemem ochrony zdrowia. Wiele pozostaje jeszcze do zrobienia, niemniej ufam, że w najbliższych miesiącach działania w tym zakresie ulegną przyspieszeniu. Nie mogę jednak nie powiedzieć wprost: wyraźnie zgubiliśmy proporcje pomiędzy tym, czym żołnierz walczy, a tym, co daje mu szansę na przeżycie, gdy zostanie ranny. Inwestujemy miliardy w systemy rażenia, ale zabezpieczenie medyczne wciąż traktujemy jako pozycję kosztową, nie jako strategiczny warunek efektywności wszystkich pozostałych inwestycji obronnych.

Przetrwanie będzie zależeć od umiejętności pracy na poziomie medycyny połowy XX wieku - z wykorzystaniem wiedzy XXI wieku.

Grzegorz Gielerak

Wyobrażam sobie, że w oparciu o doświadczenia ukraińskie w polskiej armii wdrażane są nowe metody szkolenia, powstają szpitale podziemne, organizowane są ćwiczenia personelu cywilnego do wsparcia dla wojska?

Nie. Wymienił Pan właśnie szereg działań, które powinny być realizowane, a które wciąż pozostają w sferze postulatów. Po czterech latach wojny na Ukrainie powinniśmy dysponować kompletnymi rozwiązaniami w zakresie kształcenia z medycyny taktycznej i mieć za sobą przeszkolenie personelu – przynajmniej w stopniu niezbędnym do zabezpieczenia potrzeb na wypadek operacji obronnej prowadzonej z udziałem szpitali zlokalizowanych na wschód od Wisły. Równolegle powinny być prowadzone regularne ćwiczenia zgrywające system medyczny z pozostałymi służbami zaangażowanymi w reagowanie na zdarzenia kryzysowe.

Co pokazał konflikt ukraiński, jeśli chodzi o medycynę pola walki? Na pewno złamane zostały reguły dotyczące zabezpieczenia medycznego znane z natowskich działań asymetrycznych – np. z Iraku czy Afganistanu.

Wojna na Ukrainie ukazała olbrzymią dynamikę i skalę zmian w organizacji zabezpieczenia medycznego pola walki. Organizacja opieki medycznej przeszła od początku konfliktu głęboką transformację – przede wszystkim dlatego, że zmieniło się samo pole walki. Powszechne użycie systemów bezzałogowych spowodowało, że tak zwana strefa śmierci rozciąga się dziś na około 20-25 kilometrów. Przypomnę – na początku wojny Ukraińcy zakładali, że punkty stabilizacyjne, służące udzielaniu pomocy medycznej ratującej życie, muszą znajdować się w odległości do trzech kilometrów od linii styczności z przeciwnikiem. Obecnie wskazują, że należy je lokować poza strefą 12-20 kilometrów, ponieważ infrastruktura zlokalizowana bliżej ulegnie zniszczeniu. Przewartościowało to całą logikę organizacji opieki medycznej na polu walki – kluczowym wyzwaniem stała się pierwsza pomoc i opieka w miejscu zranienia oraz zdolność przetransportowania rannego w możliwie najkrótszym czasie w rejon, w którym uzyska kwalifikowaną pomoc medyczną.

Na ile my możemy korzystać z ukraińskich doświadczeń?

Wielokrotnie podkreślałem, że doświadczenia ukraińskie powinny być traktowane jako punkt odniesienia, nie zaś model do bezpośredniej replikacji. Ukraina to zupełnie inna przestrzeń operacyjna – o odmiennej głębi terytorialnej i gęstości infrastruktury medycznej możliwej do wykorzystania w działaniach obronnych. W tym zakresie Polska dysponuje wyraźnie korzystniejszymi uwarunkowaniami. Podobnie rzecz się ma z technologiami informatycznymi, które w wielu przypadkach mogą wspomagać medyków w czynnościach o krytycznym znaczeniu dla ratowania rannych.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Pomagają żołnierzom i cywilom. Dlaczego Rosjanie polują na ratowników pola walki?

Przewaga ta nie zwalnia nas jednak z uwzględnienia istotnych niuansów, w szczególności faktu, że system nie może być projektowany w oparciu o stałe i sztywne założenia. Doświadczenia wojny na Wschodzie pokazują, że dynamika zmian na polu walki potrafi bezlitośnie zweryfikować nawet pozornie słuszne założenia. Pogłębionej refleksji wymaga na przykład kwestia inwestycji w mobilne szpitale trzeciego poziomu – infrastrukturę wymagającą ogromnych nakładów kapitałowych, charakteryzującą się wysoką barierą wejścia i wyjścia. Nie chodzi oczywiście o rezygnację z takich przedsięwzięć, ale o ich właściwe skalowanie – proporcjonalne do potrzeb operacyjnych i odporności na zagrożenia współczesnego pola walki. W realiach współczesnego konfliktu kluczowe jest bowiem zapewnienie wysokiej elastyczności i adaptacyjności zabezpieczenia medycznego, optymalne wykorzystanie wcześniej przygotowanej infrastruktury ochronnej – w tym szpitali podziemnych – oraz systemowe wdrożenie nowych technologii.​​​​​​​​​​​​​​​​

Jakich obrażeń najczęściej doznają żołnierze walczący na Ukrainie?

Wojna na Ukrainie ujawniła zjawisko analizowane dotychczas w doktrynie medycznej NATO​​​​​​​​​​​​​ jedynie w ograniczonym zakresie – wyraźną polaryzację rejestru strat sanitarnych. Obrażenia umiarkowane, stanowiące wcześniej dominującą kategorię, praktycznie zanikły. Współczesne pole walki generuje dwie skrajne grupy poszkodowanych: rannych z obrażeniami lekkimi oraz ciężko i bardzo ciężko rannych, wymagających natychmiastowej interwencji chirurgicznej i intensywnej terapii.​​​​​​​​​​​​​​​​ Obrażenia ciężkie stanowią od 20 do nawet 40 proc. ogółu strat sanitarnych – bez szybkiej, kwalifikowanej pomocy medycznej tyle właśnie osób zginie w ciągu pierwszej godziny od zranienia. Skala tego wyzwania ma krytyczne znaczenie dla planowania zabezpieczenia medycznego. Liczne przypadki poszkodowanych z objawami wstrząsu krwotocznego, oparzeniowego, urazów wielonarządowych oraz barotraumy tworzą niespotykaną dotąd charakterystykę strat sanitarnych, wymagającą pomocy lekarskiej – często wysokospecjalistycznej – udzielanej w bliskiej styczności z przeciwnikiem.

Wojna w Ukrainie zweryfikowała mit „złotej godziny”, gdy powinna dotrzeć pomoc medyczna do rannego. Damian Duda, ratownik pola walki, który niesie pomoc żołnierzom w strefie kontaktu, mówi, że niekiedy ewakuacja rannego trwa nie kilka godzin, ale kilka dni.

Zdecydowanie – i dane operacyjne potwierdzają to jednoznacznie. Koncepcja „złotej godziny” – fundamentalne założenie doktrynalne NATO, rozwinięte niemal do perfekcji w konfliktach asymetrycznych w Iraku i Afganistanie, gdzie koalicja dysponowała dominacją w powietrzu, a przeżywalność rannych osiągała rekordowe 98 proc. – na Ukrainie okazała się mirażem. Ukraińcy informują, że ewakuacja trwa nie 24 czy 48 godzin, a niekiedy nawet dwa tygodnie. W warunkach, gdy 40 proc. infrastruktury medycznej ulega zniszczeniu w pierwszych miesiącach wojny, linie ewakuacji są systematycznie atakowane, a śmigłowce MEDEVAC nie mogą operować – śmiertelność wśród rannych okazuje się dramatycznie wysoka.

Rosyjskie ataki powietrzne na Ukrainę z użyciem dronów i rakiet (1 I 2025 - 10 II 2026)

Rosyjskie ataki powietrzne na Ukrainę z użyciem dronów i rakiet (1 I 2025 - 10 II 2026)

Foto: PAP

Reklama
Reklama

Odpowiedzią musi być wspomniana już wcześniej zasadnicza zmiana myślenia o architekturze zabezpieczenia medycznego. Jeżeli przygotujemy punkty medyczne w miejscach chronionych – przede wszystkim podziemnych, odpornych na uderzenia pionowe – wygramy zdrowie oraz życie personelu medycznego i rannych. Kontenerowe szpitale polowe mają dziś rację bytu wyłącznie jako element dynamicznych działań manewrowych, prowadzonych zwłaszcza na terytorium przeciwnika. Przy ograniczonej mobilności sił staną się jednak jednym z pierwszych celów uderzenia. Wysunięte placówki medyczne powinny być więc lokalizowane pod ziemią i wyposażone w sale operacyjne oraz oddziały intensywnej terapii zdolne do autonomicznego funkcjonowania przez co najmniej 72 godziny. Dopiero tak przygotowana infrastruktura, zintegrowana z łańcuchem ewakuacyjnym obejmującym szpitale przystosowane do przyjmowania rannych, tworzy efektywny łańcuch przeżycia. Na tym polega istota współczesnego zabezpieczenia medycznego: elastyczność organizacyjna, infrastruktura chroniąca zamiast eksponowanej, a wszędzie tam, gdzie to możliwe – wsparcie nowymi technologiami skracającymi czas do interwencji i wspierającymi zdolności medyków na polu walki.

W Ukrainie obrażenia ciężkie stanowią od 20 do nawet 40 proc. ogółu strat sanitarnych - bez szybkiej, kwalifikowanej pomocy medycznej tyle właśnie osób zginie w ciągu pierwszej godziny od zranienia. 

Grzegorz Gielerak

W rzeczywistości ukraińskiej żołnierz na początku musi zaopatrzyć się sam, a po jakimś czasie dron podaje mu środki opatrunkowe, leki, żywność, niekiedy trwa to przez wiele dni. Czy my w ogóle jesteśmy przygotowani do takiego scenariusza wsparcia dla żołnierzy tej strefy kontaktu? Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wojna w Polsce najpewniej nie będzie wyglądała tak jak na Ukrainie, gdzie obserwujemy klasyczną wojnę okopową.

Scenariusz, który Pan opisuje – żołnierz w strefie kontaktu przez wiele dni zdany wyłącznie na samopomoc i dostawę zaopatrzenia za pośrednictwem dronów – stanowi dokładnie ten wariant operacyjny, który analizujemy i do którego się przygotowujemy. W Wojskowym Instytucie Medycznym (WIM-BIP) od lat opracowujemy rozwiązania obejmujące bezzałogowe systemy transportu leków i materiałów medycznych, autonomiczne platformy do ewakuacji poszkodowanych oraz rozbudowane systemy łączności i wymiany danych. Celem tych prac jest zapewnienie żołnierzowi i medykowi w bliskiej styczności z przeciwnikiem szybkiego wsparcia – zarówno materiałowego, jak i diagnostyczno-decyzyjnego. Należy jednak podkreślić, że doświadczenia ukraińskie, ale również fińskie i estońskie, nakazują dużą ostrożność w rozwijaniu platform powietrznych przeznaczonych do ewakuacji rannych. Praktyka przesuwa się zdecydowanie w kierunku autonomicznych platform naziemnych. Nie wyklucza to transportu drogą powietrzną, ale jego rola będzie się koncentrować głównie na dostarczaniu materiałów medycznych – krwi, leków, środków opatrunkowych – nie na transporcie ludzi. Właśnie dlatego kluczowe pozostaje odpowiednie przygotowanie samego żołnierza – szkolenie z zakresu samopomocy i pomocy wzajemnej, wyposażenie w indywidualne zestawy medyczne zdolne podtrzymać życie przez przedłużony okres izolacji, a docelowo integracja z systemem bezzałogowego zaopatrzenia dostarczającego środki medyczne w cyklach wielodniowych.

Powstaje rzeczywista mapa operacyjna medycznej gotowości kraju, jakiej dotąd nie mieliśmy.

Grzegorz Gielerak

Wszystkie wymienione rozwiązania są w naszym zasięgu – badamy i rozwijamy je od lat. Kluczowe jest jednak to, aby mogły wreszcie zostać wdrożone w ramach nowej, dostosowanej do potrzeb współczesnej armii wojskowej służby zdrowia.​​​​​​​​​​​​​​​​

Czy my mamy takie platformy do ewakuacji?

WIM-PIB wspólnie z Wojskową Akademią Techniczną oraz partnerami przemysłowymi – AMZ KUTNO, TELDAT i Pelixar SA – zrealizował w ciągu ostatnich 5 lat projekty badawczo-rozwojowe składające się na kompleksowy program cyfrowej transformacji zabezpieczenia medycznego pola walki. Kluczowe przedsięwzięcia to MEWAMED – system zdalnego rozpoznania medycznego i ewakuacji z wykorzystaniem bezzałogowych statków powietrznych, MILGEOMED – integrujący dane geolokalizacyjne i medyczne w jednolitym środowisku operacyjnym, oraz SWD-EwMED – system wspomagania decyzji ewakuacji medycznej oparty na monitorowaniu parametrów życiowych żołnierza i rozszerzonej świadomości sytuacyjnej.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Przyszłość medycyny, także tej na froncie? Nie drony, a roboty

Takie rozwiązania pojawiają się na Ukrainie, ale głównie ewakuacja rannych odbywa się z wykorzystaniem cywilnych samochodów, które w minimalnym stopniu są przystosowane do transportu rannych. Czy jesteśmy gotowi do wykorzystania w ich leczeniu telemedycyny w sytuacji, gdy nie ma prądu, internetu i właściwego zaopatrzenia w środki medyczne?

To dotyka fundamentalnego problemu. Kluczowym elementem dobrej organizacji opieki medycznej jest dysponowanie sprawnymi sieciami informatycznymi i bazami danych – systemem umożliwiającym dostęp do danych medycznych zarówno żołnierzy, jak i mieszkańców regionu. Wdrożenie tego rodzaju rozwiązań – również w tym zakresie dysponujemy konkretnymi propozycjami – pozwala m.in. na natychmiastową identyfikację grupy krwi rannego i uruchomienie procedury przygotowania do transfuzji w miejscu docelowego leczenia, celowane skierowanie poszkodowanego do placówki dysponującej zdolnościami adekwatnymi do rodzaju i wagi obrażeń, a w wymiarze systemowym – optymalną dystrybucję rannych między szpitalami, eliminującą ryzyko przeciążenia jednych placówek przy niewykorzystanych zdolnościach innych.​​​​​​​​​​​​​​​​

Jednak podnosi pan kwestię znacznie istotniejszą – co się stanie, gdy cała cyfrowa nadbudowa przestanie działać? Doświadczenia ukraińskie są bezlitosne: systematyczne niszczenie infrastruktury energetycznej, cyberataki paraliżujące systemy szpitalne i załamanie łańcuchów dostaw obnażyły podatność systemów uzależnionych od zaawansowanych technologii. Ewakuacja cywilnymi pojazdami, o której pan wspomina, jest naturalną konsekwencją tej degradacji.

Dlatego przyjmujemy zasadę: wykorzystywać technologię, gdy działa, ale zachować pełną zdolność do funkcjonowania, gdy zawiedzie. Oznacza to infrastrukturę szpitalną zdolną do autonomicznej pracy bez zasilania przez minimum 72 godziny, redundantną łączność i dokumentację prowadzoną równolegle w wersji papierowej. Do tego każde urządzenie elektroniczne musi mieć swój mechaniczny odpowiednik. Równie niezbędna jest reaktywacja podstawowych umiejętności: diagnostyka oparta na badaniu fizykalnym zamiast obrazowania, operowanie klasycznymi narzędziami chirurgicznymi, hemostaza przez podwiązywanie naczyń zamiast elektrokoagulacji.

Wdrożenie tych pozornie prostych rozwiązań ujawnia paradoks: przygotowanie do funkcjonowania bez technologii wymaga większego nakładu szkoleniowego, niż obsługa najbardziej zaawansowanych systemów. Przetrwanie będzie więc zależeć od umiejętności pracy na poziomie medycyny połowy XX wieku – z wykorzystaniem wiedzy XXI wieku.​​​​​​​​​​​​​​​​

Reklama
Reklama

Dlaczego to jest ważne?

Właśnie w tym kontekście kluczową rolę odgrywają drony. Za ich pomocą określamy stan rannego i typ obrażeń – jeśli na przykład stwierdzamy znaczący ubytek krwi, odczytujemy identyfikator żołnierza zawierający informację o grupie krwi i natychmiast przekazujemy dane do najbliższej stacji krwiodawstwa oraz szpitala, gdzie zostaną rozpoczęte czasochłonne procedury przygotowujące do transfuzji. Analogicznie – gdy identyfikujemy oparzenia, informacja automatycznie trafia do najbliższego ośrodka specjalizującego się w ich leczeniu, uruchamiając protokoły niezbędne przy przyjęciu, co ma o tyle krytyczne znaczenie, że w tej kategorii obrażeń czas reakcji bezpośrednio determinuje przeżywalność. Ukraińcy nie dysponują takimi zdolnościami, ponieważ brakuje im odpowiedniej infrastruktury na zapleczu, i dlatego twierdzą, że technologie się nie sprawdziły.

Czytaj więcej

Gen. Grzegorz Gielerak: szpitale polowe staną się jednym z celów Rosjan

Amerykanie wychodzą z przeciwnego założenia – wykluczają wystąpienie uszkodzenia infrastruktury, które wyłączyłoby cały system, i na tej cyfrowej infrastrukturze oraz przepływie danych w czasie rzeczywistym opierają całą opiekę medyczną i kolejne etapy ewakuacji. Dlatego pilnie powinniśmy podjąć decyzję, w którym kierunku zamierzamy rozwijać nasz system. Jestem zwolennikiem opcji pośredniej. W pierwszych tygodniach konfliktu będziemy z dużym prawdopodobieństwem dysponować sprawną infrastrukturą cyfrową i bezwzględnie tam, gdzie wystąpią straty masowe, powinniśmy wykorzystywać ją do triażu i zarządzania przepływem rannych. Z upływem czasu jednak – jeśli nie wdrożymy technologii zdolnej zastąpić infrastrukturę, która w międzyczasie ulegnie degradacji – konieczne będzie przejście na tryb analogowy. Dokładnie tak, jak obserwujemy to dziś na Ukrainie.​​​​​​​​​​​​​​​​

Ilu medyków ma teraz wojskowa służba zdrowia, a ilu powinno ich być?

Jest ich około 880, powinno być co najmniej 1600.

Większość rannych na Ukrainie trafia przecież do szpitali cywilnych. Zatem naturalnym krokiem powinna być integracja środowiska wojskowego z cywilnym.

Takie inicjatywy są już podejmowane. Ministerstwo Zdrowia uruchamia właśnie projekt Krajowego Centrum Doskonalenia Personelu Medycznego w zakresie medycyny taktycznej – WIM-PIB jest jego liderem, a uczestniczą w nim trzy uniwersytety medyczne. Wchodzimy dzięki temu w całkowicie nową rzeczywistość - systematycznego kształcenia i doskonalenia zawodowego personelu medycznego na potrzeby sytuacji kryzysowych. Stanowi to przełom, ponieważ właśnie kompetencje personelu zdecydują w głównej mierze o skuteczności systemu ochrony zdrowia w warunkach konfliktu zbrojnego.

Reklama
Reklama
Grzegorz Gielerak

Grzegorz Gielerak

Foto: WIM-PIB

Równolegle budujemy coś, czego dotychczas w polskim systemie nie było – blisko dwa lata temu instytut podjął współpracę z samorządami, które w warunkach kryzysu stanowią pierwszą linię zarządzania zasobami ochrony zdrowia w terenie. Wspólnie wypracowujemy nowe ramy współdziałania cywilno-wojskowego w obszarze zabezpieczenia medycznego – od przygotowania personelu i infrastruktury, przez identyfikację miejsc krytycznych z punktu widzenia spodziewanych strat sanitarnych, po łączność, logistykę transportu oraz zaopatrzenie w krew, leki i materiały medyczne. Powstaje rzeczywista mapa operacyjna medycznej gotowości kraju, jakiej dotąd nie mieliśmy.

Wymienione inicjatywy nie tworzą jednak spójnej, zintegrowanej struktury. Niezbędna jest skuteczniejsza koordynacja na szczeblu centralnym – bliższe niż dotychczas współdziałanie ministerstwa obrony narodowej i ministerstwa zdrowia w zakresie gwarancji finansowania, wypracowania jednolitych wytycznych oraz standardów obowiązujących wszystkie podmioty lecznicze będące w systemie bezpieczeństwa medycznego państwa. Zgodnie z zasadą centralnej koordynacji i lokalnej sprawczości.

Wracam do pierwszego pytania. Czy my jesteśmy przygotowani do wojny, skoro dopiero powstają plany, założenia, programy? Odnoszę wrażenie, że te cztery lata wojny w Ukrainie przeleciały nam przez palce.

Dysponujemy elementami systemu w rozproszeniu – podejmowanych jest wiele wartościowych inicjatyw, ale póki co nie tworzą one spójnej, zintegrowanej całości, której poszczególne komponenty byłyby przygotowane, zweryfikowane i wzajemnie ze sobą powiązane. Mamy pojedyncze cegły, ale nie mamy jeszcze muru – a czas, w którym możemy go wznieść, nie jest nieskończony.

Kim jest rozmówca

Grzegorz Gielerak

Profesor nauk medycznych, generał broni Wojska Polskiego. Od 2007 roku pełni funkcję dyrektora Wojskowego Instytutu Medycznego (WIM) - Państwowego Instytutu Badawczego w Warszawie. Jest ekspertem w dziedzinie chorób wewnętrznych i kardiologii. Zajmuje się integracją wojskowej i cywilnej służby zdrowia, medycyną pola walki oraz nowoczesnymi technologiami w medycynie m.in. robotyką chirurgiczną. W grudniu 2025 r. został powołany do Rady Zdrowia przy Prezydencie RP. 

Wojsko
„Rzeczpospolita” ustaliła: Hełmy z czasów PRL ciągle w użytku w polskiej armii
Wojsko
Płk Łukasz Paczesny: Co wiemy o szpiegu z MON. Poważne wątpliwości
Społeczeństwo
Sondaż „Rzeczpospolitej”. Kto już pakuje plecak ewakuacyjny?
Wojsko
Ppłk Maciej Korowaj: Rosyjska rakieta Oresznik nie jest niewidzialna. Jak ją wykryć?
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama