Mijają cztery lata wojny w Ukrainie. Czy polska armia wyciąga wnioski z tego konfliktu zbrojnego? Jesteśmy lepiej przygotowani na wypadek pojawienia się takiego scenariusza?
Podejmowanych jest wiele inicjatyw, ale mają one charakter jednostkowy. Brakuje rozwiązań, które systemowo integrowałyby wszystkie działania – tak abyśmy mogli obiektywnie stwierdzić, że wojskowa służba zdrowia jest dziś dobrze przygotowana zarówno do bezpośredniego wsparcia sił zbrojnych, jak i do współdziałania z cywilnym systemem ochrony zdrowia. Wiele pozostaje jeszcze do zrobienia, niemniej ufam, że w najbliższych miesiącach działania w tym zakresie ulegną przyspieszeniu. Nie mogę jednak nie powiedzieć wprost: wyraźnie zgubiliśmy proporcje pomiędzy tym, czym żołnierz walczy, a tym, co daje mu szansę na przeżycie, gdy zostanie ranny. Inwestujemy miliardy w systemy rażenia, ale zabezpieczenie medyczne wciąż traktujemy jako pozycję kosztową, nie jako strategiczny warunek efektywności wszystkich pozostałych inwestycji obronnych.
Przetrwanie będzie zależeć od umiejętności pracy na poziomie medycyny połowy XX wieku - z wykorzystaniem wiedzy XXI wieku.
Wyobrażam sobie, że w oparciu o doświadczenia ukraińskie w polskiej armii wdrażane są nowe metody szkolenia, powstają szpitale podziemne, organizowane są ćwiczenia personelu cywilnego do wsparcia dla wojska?
Nie. Wymienił Pan właśnie szereg działań, które powinny być realizowane, a które wciąż pozostają w sferze postulatów. Po czterech latach wojny na Ukrainie powinniśmy dysponować kompletnymi rozwiązaniami w zakresie kształcenia z medycyny taktycznej i mieć za sobą przeszkolenie personelu – przynajmniej w stopniu niezbędnym do zabezpieczenia potrzeb na wypadek operacji obronnej prowadzonej z udziałem szpitali zlokalizowanych na wschód od Wisły. Równolegle powinny być prowadzone regularne ćwiczenia zgrywające system medyczny z pozostałymi służbami zaangażowanymi w reagowanie na zdarzenia kryzysowe.
Co pokazał konflikt ukraiński, jeśli chodzi o medycynę pola walki? Na pewno złamane zostały reguły dotyczące zabezpieczenia medycznego znane z natowskich działań asymetrycznych – np. z Iraku czy Afganistanu.
Wojna na Ukrainie ukazała olbrzymią dynamikę i skalę zmian w organizacji zabezpieczenia medycznego pola walki. Organizacja opieki medycznej przeszła od początku konfliktu głęboką transformację – przede wszystkim dlatego, że zmieniło się samo pole walki. Powszechne użycie systemów bezzałogowych spowodowało, że tak zwana strefa śmierci rozciąga się dziś na około 20-25 kilometrów. Przypomnę – na początku wojny Ukraińcy zakładali, że punkty stabilizacyjne, służące udzielaniu pomocy medycznej ratującej życie, muszą znajdować się w odległości do trzech kilometrów od linii styczności z przeciwnikiem. Obecnie wskazują, że należy je lokować poza strefą 12-20 kilometrów, ponieważ infrastruktura zlokalizowana bliżej ulegnie zniszczeniu. Przewartościowało to całą logikę organizacji opieki medycznej na polu walki – kluczowym wyzwaniem stała się pierwsza pomoc i opieka w miejscu zranienia oraz zdolność przetransportowania rannego w możliwie najkrótszym czasie w rejon, w którym uzyska kwalifikowaną pomoc medyczną.
Na ile my możemy korzystać z ukraińskich doświadczeń?
Wielokrotnie podkreślałem, że doświadczenia ukraińskie powinny być traktowane jako punkt odniesienia, nie zaś model do bezpośredniej replikacji. Ukraina to zupełnie inna przestrzeń operacyjna – o odmiennej głębi terytorialnej i gęstości infrastruktury medycznej możliwej do wykorzystania w działaniach obronnych. W tym zakresie Polska dysponuje wyraźnie korzystniejszymi uwarunkowaniami. Podobnie rzecz się ma z technologiami informatycznymi, które w wielu przypadkach mogą wspomagać medyków w czynnościach o krytycznym znaczeniu dla ratowania rannych.