Reklama

Weteran kampanii wyborczych Kaczyńskiego: PiS musi przestać być „pipi prawicą”

Prezydent Karol Nawrocki nie zawodzi swoich prawicowych wyborców. I to wbrew pozorom jest ryzyko dla PiS. Jest realna możliwość, że w świadomości prawicowego wyborcy prezydent Nawrocki i partia Jarosława Kaczyński się rozjadą – mówi Piotr Matczuk, współtwórca kampanii wyborczych PiS w latach 2011–2023.

Publikacja: 16.02.2026 18:05

Weteran kampanii wyborczych Kaczyńskiego: PiS musi przestać być „pipi prawicą”

Foto: PAP/Leszek Szymański

Zacznijmy od podstaw: czy prawica jest dziś w Polsce silna, czy słaba? Z jednej strony widać, że narzuca tematy. Nawet Donald Tusk w niektórych sprawach pozycjonuje się po prawej stronie. Są spory wokół stref czystego transportu, rośnie sceptycyzm wobec części zielonej polityki. Prezydent zresztą też reprezentuje obóz prawicowy. To realna dominacja czy raczej tylko takie wrażenie?

Poruszył pan kilka kwestii – elektorat i wymiar ideologiczny. W tym kontekście prawica w Polsce nadal jest silna, zwłaszcza w porównaniu z krajami Europy Zachodniej. Może wyraźnie zabierać głos w sprawach, które są dziś na agendzie – jak ekologia czy kwestie obyczajowe. I są trzy partie prawicowe, które zdobywają dużą część głosów i dobrze radzą sobie na scenie politycznej. Dziś rządzi koalicja liberalna, w dużej mierze, moim zdaniem nawet lewicowa, więc może powstawać wrażenie, że prawica straciła impet. Ale potencjał i sama siła elektoratu wciąż są duże.

Reklama
Reklama

W kampanii prezydenckiej obserwowalny był wyraźny zwrot Rafała Trzaskowskiego w prawo, ale w zasadzie dotyczyło to również innych kandydatów.

Jest takie przekonanie, powtarzane już trochę jak mantra w polskim życiu publicznym, że okno Overtona przesuwa się w prawo. Przez długi czas po prawej stronie było właściwie tylko Prawo i Sprawiedliwość. Na prawo od PiS nie było niczego. Potem pojawiła się Konfederacja – dziś kojarzona głównie ze Sławomirem Mentzenem i Krzysztofem Bosakiem. A później jeszcze Grzegorz Braun. Ostatnie wybory prezydenckie pokazały, że ma całkiem spore poparcie. Stąd u wielu bierze się wrażenie, że percepcja wyborców przesunęła się w prawo. Ale z drugiej strony, formacje lewicowe czy liberalne – a Donalda Tuska wielu postrzega jako lidera liberalno-lewicowego, bo Platforma w wielu sprawach zachowuje się jak lewica – też zdobywają dużą część głosów. W Polsce ten podział jest dziś w zasadzie pół na pół. Pokazały to wybory prezydenckie. Nawrockiego poparli praktycznie wszyscy wyborcy prawicowi, z różnych ugrupowań i to dało wynik lekko ponad  50 proc. Trzaskowski zebrał tę drugą połowę.

Czytaj więcej

Czy PiS bierze pod uwagę sojusz z partią Brauna? Zdecydowane stanowisko Jarosława Kaczyńskiego

Z czego wynika przesunięcie okna Overtona – jeśli założymy, że rzeczywiście mamy do czynienia z tym zjawiskiem? Moja teza jest taka: jesienią 2020 r. po decyzji Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji nastąpiła fala protestów i wzrost aktywności młodych kobiet; odpowiedzią jest bunt również młodych, ale mających prawicowe poglądy mężczyzn, którzy mówią niejako "dość dominacji takiej narracji w debacie publicznej". Da się dziś patrzeć na społeczeństwo w tak prosty sposób? Może to rozproszone segmenty?

W tej tezie jest sporo prawdy, choć zjawisko jest szersze. Widzimy to jako zwrot w prawo, bo patrzymy na głosy oddane na partie prawicowe. Ale to jest też bunt przeciwko mainstreamowi. Bunt – zwłaszcza młodych wyborców – wobec tego, co postrzegają jako „prawdę objawioną” lewicowo-liberalnych elit, mediów, establishmentu.

Gdyby zapytać ich o poglądy ideowe, to wielu z nich nie pasowałoby do klasycznego obrazu wyborcy prawicowego. Nie byliby jednoznacznie prawicowi w każdym obszarze. A jednak głosują na partie prawicowe, bo te – w Polsce i na Zachodzie – są dziś postrzegane jako antyestablishmentowe.

Reklama
Reklama

Chodzi o establishment rozumiany jako mainstream: elity medialne, polityczne, liberalno-lewicowe. To odruch buntu. W ostatnich wyborach prezydenckich widać to w liczbach. Przez lata w Polsce frekwencja wyborcza kobiet była większa niż mężczyzn. Teraz ta różnica się zmniejszyła. Nadal procent kobiet, które głosują jest wyższy, ale już nie tak wyraźnie. Młodzi mężczyźni ruszyli do wyborów – w geście sprzeciwu.

Czy partie jednoznacznie określające się jako prawicowe – PiS, Konfederacja i ugrupowanie Grzegorza Brauna – potrafią to wykorzystać?

Moim zdaniem one tego do końca nie rozumieją. Partie prawicowe – zwłaszcza PiS i Konfederacja – cierpią na coś, co nazywam kryzysem „pipi prawicy”. Czyli prawicy, która się boi. Boi się odpowiedzieć wprost na oczekiwania własnego elektoratu. Cofa się przed lewicową agendą. Idzie na kolejne kompromisy z liberalno-lewicowym widzeniem świata. Zmiękcza stanowisko.

Widzieliśmy to w Wielkiej Brytanii, gdzie torysi wyraźnie przesunęli się w lewo. Nie odpowiedzieli na prawicowe oczekiwania wyborców. Podobnie było w kilku innych krajach. Wielu mówi, że tak stało się też w Niemczech, gdzie CDU skręciła w stronę SPD. Uważam, że w Polsce Prawo i Sprawiedliwość oraz Konfederacja Mentzena i Bosaka również wpadają w ten syndrom „pipi prawicy”.

Rozumiem tę diagnozę wobec PiS – partia była u władzy osiem lat, mogła się rozluźnić, stracić kierunek. Pan widział tę władzę od środka, z różnych perspektyw. Ale Konfederacja? Partia, która nigdy nie rządziła. Skąd u niej ten sam syndrom?

Ja już widzę początki tego problemu. Proszę spojrzeć, co się wydarzyło po ostatnich wyborach prezydenckich, w których wygrał Karol Nawrocki. Mentzen był de facto drugim zwycięzcą tych wyborów. Uzyskał bardzo dobry wynik. To on rozdawał karty między pierwszą a drugą turą. Nie rozmawialiśmy wtedy tylko o kandydatach, którzy weszli do finału – dużo mówiono właśnie o nim. To był ogromny potencjał polityczny. I on nie został wykorzystany przez Konfederację. Po wyborach partia nie weszła mocno w tematy ideowe. Unika tematów ostrych – także gospodarczych. Pod koniec roku była dyskusja o związkach jednopłciowych w kontekście wyroku TSUE. Konfederacja nie podjęła tego tematu tak, jak mogła. Widać było ostrożność, pewien strach przed ruszaniem prawicowej agendy.

Czytaj więcej

Przemysław Czarnek dla „Rzeczpospolitej”: PiS nie wyklucza rządów z partią Grzegorza Brauna
Reklama
Reklama

Tematy, które PiS podniósł na początku roku to Włodzimierz Czarzasty i kwestia SAFE. Czy to nie jest właśnie próba odejścia od tej „pipi prawicy”? Powrót do ostrzejszej, bardziej jednoznacznej agendy?

To jest jedna jaskółka. A jedna jaskółka wiosny nie czyni. To jest powrót do działania, do gry. Ale to jeszcze nie jest odwrót od miękkiego podejścia, od tej „pipi prawicy”. Przez dwa lata przyzwyczailiśmy się, że PiS tkwi w pewnym marazmie. Że tych działań było mało. I teraz, kiedy widzimy dobrze zorganizowaną, intensywną akcję – jak w sprawie SAFE czy Czarzastego – mówimy: to przełom. Moim zdaniem to po prostu powrót do normalnej pracy.

Do tego jeszcze wrócimy, ale tu jest pewien paradoks: z jednej strony mówi pan że Mentzen nie wykorzystał swojego wyniku, z drugiej – PiS też nie skonsumowało zwycięstwa Karola Nawrockiego. Zresztą prezydent reprezentuje inną wrażliwość prawicową – bliższą temu, co w USA reprezentuje MAGA, niż klasycznemu modelowi PiS. Co się stało między czerwcem 2025 a lutym 2026, że dopiero teraz mówimy o jakimś uporządkowaniu działań? To kwestia słabości przywództwa, walk frakcyjnych, braku pomysłu? Czy czegoś jeszcze?

To jest problem z pozbieraniem się po przegranej. Wciąż jesteśmy w tym momencie. Przerwą była kampania prezydencka – wtedy partia weszła w tryb walki. Ale kampania prezydencka jest dla partii łatwiejsza niż parlamentarna. Mamy jednego kandydata, prostszą konstrukcję przekazu, mniej zmiennych w warsztacie marketingowym. Ten marazm, o którym mówimy – niewykorzystane szanse – trwa od wyborów w 2023 r. Wygranych dla opozycji, przegranych dla PiS, w tym sensie, że doprowadziły do utraty władzy. Na początku to było zrozumiałe. Partia dostaje cios, musi się poukładać. Jarosław Kaczyński jako pierwszy jasno powiedział: przegraliśmy, tracimy władzę, trzeba się pozbierać. Bez kombinowania. To był dobry ruch, utrzymał partię w pionie, dawał pole do szybkiego przepracowania porażki. Ale taki okres powinien trwać pół roku, może dziewięć miesięcy. Problem w tym, że PiS w nim zostało.

Jak pan porówna dzisiejszy PiS – rozedrgany, z wojnami frakcyjnymi, nerwowy na platformach społecznościowych – z PiS z lat 2007–2015, kiedy było poprzednio w opozycji? 

Są tu podobieństwa. Oczywiście inne czasy, inna technologia, inne narzędzia – wszystko jest inne. Ale sama atmosfera przypomina się pozbierać. Bez kombinowania. To był dobry ruch, utrzymał partię w pionie, dawał pole do szybkiego przepracowania porażki. Ale taki okres powinien trwać pół roku, może dziewięć miesięcy. Problem w tym, że PiS w nim zostało.

Ale jest zespół Mateusza Morawieckiego, są inicjatywy programowe – kongres, debaty.  Wygląda to jak próba powtórzenia modelu z 2012 r. Tylko że to wszystko sprawia wrażenie zawieszonego w próżni.

Nie ma codziennej pracy. Skuteczna polityka to właśnie codzienna praca. PiS zawsze na tym wygrywało – na rzemiośle, na know-how, na systematycznym działaniu. W 2015 r. nie miało wsparcia w mainstreamowych mediach. Ani publicznych, ani prywatnych. Mimo to wygrywało, bo robiło politykę codziennie – nie tylko przy wielkich wydarzeniach.

 Partie prawicowe – zwłaszcza PiS i Konfederacja – cierpią na coś, co nazywam kryzysem „pipi prawicy”. Czyli prawicy, która się boi

Piotr Matczuk

Dziś tego nie widać. Przykład z ostatnich dwóch lat: jachty z KPO. Duży temat, który przebił się nawet do głównego nurtu. Można było to ciągnąć miesiącami. To powinno być paliwo na długą serię działań. Kiedy PiS rządziło i pojawił się temat inflacji, Platforma rozciągnęła go na miesiące. Były billboardy „PiS = drożyzna”. Wzorcowy przykład, jak eksploatować niekorzystny dla przeciwnika temat. A jachty? Temat zgasł, bo PiS go nie podjęło na serio. Wystarczyło to konsekwentnie cisnąć.

Reklama
Reklama

A jeśli PiS po prostu nie jest już w stanie tego robić? Bo jest zajęte sobą, tocząc wewnętrzne spory – energia idzie w walki frakcyjne zamiast w codzienną pracę polityczną.

Partie zawsze się wewnętrznie ścierają. To naturalna część demokracji i systemu partyjnego. Wiem, że to przyciąga uwagę, ale te walki były zawsze. Nie dam sobie wmówić – widziałem to z bliska – że walka frakcyjna uniemożliwia codzienne działanie. Może je utrudniać, spowalniać, sprawiać, że coś nie wychodzi. Ale nie wyłącza działania jako takiego.

Może jest tak, że to po prostu bardziej widać? Bo dziś politycy kłócą się na Twitterze.

Trochę na pewno tak. Dzisiejsze narzędzia sprzyjają temu, żeby te konflikty były widoczne. Serwisy społecznościowe je wzmacniają. Ta walka w PiS wybuchła tak naprawdę pod koniec ubiegłego roku. W mediach zrobiło się o niej głośno mniej więcej miesiąc przed świętami. Więc nie można powiedzieć, że przez dwa lata wewnętrzne wojny paraliżowały PiS.

Rok był przecież czasem prekampanii i samej kampanii prezydenckiej.

To, że spór frakcyjny przygasł na czas kampanii prezydenckiej jest naturalnym zjawiskiem. Tak samo traktuję samą walkę
wewnętrzną. To, że były premier Mateusz Morawiecki przez część partii jest obwiniany za słaby wynik i bywa atakowany – też nie jest niczym nadzwyczajnym. Z kolei on ma swoją wizję, swoje ambicje. Pojawiają się też nowi, mniejsi liderzy, którzy chcą przejąć inicjatywę w partii. To naturalne procesy. Ale PiS nie może się tym tłumaczyć, jeśli nie wykorzystuje politycznych szans. W opozycji jest łatwiej – recenzuje się rząd, ocenia jego działania. Nie ma się odpowiedzialności za bieżące rządzenie. W tym sensie Tusk ma trudniej – musi rządzić i jednocześnie odpierać ataki opozycji.

Pojawił się temat premiera technicznego. Czy to może być recepta na wyjście z marazmu? Czy raczej gest symboliczny, bez realnego znaczenia?

Nie wierzę, żeby to się udało. Proszę spojrzeć, co stało się od grudnia. Tusk poradził sobie z Szymonem Hołownią, de facto wyeliminował go z gry jako poważnego aktora. Po głosowaniu na marszałka Sejmu, gdy Hołownię zastąpił Czarzasty, widać, że Tusk nie ma problemów z arytmetyką sejmową. Od tamtej pory nie ma poważnego kryzysu w głosowaniach, nawet tych trudnych. Mówiło się, że Hołownia może wyciągać posłów, że zagrozi większości. Nic na to nie wskazuje. Tusk sprawia wrażenie, jakby był przekonany, że dojedzie do końca kadencji z bezpieczną większością. Przy kimś, kto ma stabilne 231 plus, rozmowa o premierze technicznym jest po prostu bezprzedmiotowa.

Reklama
Reklama

Rozumiem, że wariant „Gliński 2.0” został odłożony. Chodzi mi w ogóle o pomysł wystawienia kandydata na premiera, który miałby zogniskować uwagę wokół siebie. Tyle że to wymagałoby w PiS ogromnej koncentracji i dyscypliny. Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że taki projekt mógłby zniknąć po tygodniu.

Niekoniecznie. PiS kiedyś potrafiło utrzymywać intensywność działań i zainteresowanie swoimi inicjatywami. Pan też jako dziennikarz widział z bliska kilka kampanii. PiS miał wypracowany sposób działania – doświadczenie, zasoby, ludzi.

Kampania prezydencka Andrzeja Dudy była tego przykładem. Wszyscy mówili wtedy, że zaczęła się absurdalnie wcześnie – w listopadzie, przy wyborach w maju. To w Polsce było niespotykane. A jednak PiS potrafiło utrzymać tempo. Od ogłoszenia kandydata do maja to była bardzo intensywna kampania. Jeżeli partia wróciłaby do tego trybu, przypomniała sobie, jak to się robi, to mogłaby to powtórzyć. Ma zasoby. Kandydat na premiera – ktokolwiek by nim był – zwiera szyki w partii. Skupia ją na jednym celu. Wtedy frakcyjne spory schodzą na drugi plan, bo jest postać, na którą się pracuje. Frakcje muszą się wykazać i wszyscy wspierają jedną kampanię. Powstaje sztab, zaczyna się projektowanie działań pod tę osobę. Z punktu widzenia czystego rzemiosła politycznego to nie jest zły pomysł. To mogłoby pomóc.

Czytaj więcej

Kaczyński wraca na Nowogrodzką z home office. Czym teraz zajmie się prezes PiS?

Teraz, gdy prezes wrócił po chorobie, czy jest ktoś, kto potrafiłby przeprowadzić taki projekt – z dyscypliną i w tempie? Bo słychać też opinie, że to może w ogóle pozostać zawieszone – że nie będzie decyzji, tylko przeciąganie.

To jest pierwsze pytanie: kiedy to zrobić? Czy dwa lata przed wyborami to dobry moment, czy jednak lepiej poczekać? Drugie – w gruncie rzeczy ważniejsze – kto miałby nim być? Bo układ po prawej stronie jest dziś bardziej skomplikowany niż jeszcze kilka lat temu.

A może to powinien być ktoś zupełnie spoza PiS? Pomysł „out of the box”. Tak jak było z Nawrockim. Takie opinie też się w partii pojawiają.

To jest jakiś pomysł, zwłaszcza że przykład Nawrockiego pokazał, iż taki wariant może zadziałać. Ale trzeba też patrzeć na zdolność koalicyjną takiej osoby. Nawrocki wpisał się w ten scenariusz, bo od razu zyskał poparcie wyborców prawicowych nie tylko z PiS. Zjednał ich swoim stylem, wypowiedziami, autentycznością. Odebrano go jako kandydata rzeczywiście prawicowego i szybko mu zaufano. Nie każdy „kandydat spoza pudełka” daje taką gwarancję.

Reklama
Reklama

Czyli ktoś zupełnie spoza obecnego układu? Naukowiec, samorządowiec itd.? Może ktoś z pogranicza świata mediów?

W tej obecnej układance raczej wygra ktoś z szerokiej dziś giełdy nazwisk politycznych. Jeśli w ogóle dojdzie do takiej decyzji. Ale w pewnym momencie PiS będzie musiało pokazać kandydata na premiera. Rzeczywistość to wymusi. Partie zaczną doprecyzowywać swoje plany, więc i tu będzie trzeba jasno powiedzieć, kto bierze odpowiedzialność.

Gdyby PiS rzeczywiście w pełni zagospodarowało prawą stronę, to nie powstałaby na prawo od niego Konfederacja ani środowisko Grzegorza Brauna. Nie zostawiono by tam przestrzeni. Skoro one urosły, to znaczy, że jakiś tlen tam był i było go sporo

Piotr Matczuk

Myślę jednak, że wygra pragmatyka partyjna. Premier to nie prezydent. To musi być ktoś z PiS. Jeśli zakładamy, że taki kandydat wygrywa i rzeczywiście zostaje premierem, to musi później rządzić. Musi mieć realny kontakt z partią, z zapleczem, z ministrami. To szerszy mechanizm niż sama kampania. Giełda nazwisk jest dziś szeroka, pada wiele propozycji. Jest też w tym wszystkim prezydent Karol Nawrocki. Wydaje mi się, że wszyscy gracze po prawej stronie zgadzają się, że on ma swój udział w nowej układance. Myślę, że zgodziliby się z tym zarówno Jarosław Kaczyński, jak i Mentzen.

Może Zbigniew Bogucki? Paweł Szefernaker?

Paweł Szefernaker jest – w pozytywnym sensie – pragmatycznym politykiem. Zna partię, zna swoje środowisko, ma dobre relacje w różnych jej częściach. Z punktu widzenia polityki to byłby solidny kandydat. Doświadczony, znający mechanizmy polityczne i kampanijne. Kampania nie byłaby dla niego czymś nowym. Ale jesteśmy jeszcze daleko od tej decyzji. Nie wygląda na to, by rozstrzygnięcie miało zapaść szybko. Długo uważałem, że PiS może wyrwać się z marazmu właśnie przez taki ruch. Tymczasem po sprawie SAFE widać, że partia potrafi działać intensywnie i skutecznie nawet bez wskazanego kandydata na premiera.

Foto: Paweł Krupecki

Reklama
Reklama

Co się dzieje z Konfederacją? Czy to nie jest tak, że jej sufit to 10–12 proc.?

Jeżeli politycy Konfederacji będą zachowywać się tak jak do tej pory, to rzeczywiście się nie podniosą. Bo przestali działać. Przestali wyraźnie zabierać głos w ważnych sprawach. Ten głos jest dziś cichszy. Mentzena jest niewiele w mediach. Ograniczył się głównie do własnych kanałów w social mediach. Bosak jest aktywniejszy medialnie, ale nie widać zaprojektowanych działań. Nie narzucają swojej agendy – tej gospodarczej, tej, która była ich siłą w kampanii prezydenckiej. To wszystko przycichło. W sprawie SAFE czy Czarzastego zostali zdominowani przez PiS. I to pierwszy raz od dawna. Ale też nie weszli w te tematy tak, jak mogli. W pewnym sensie sami oddali pole.

Wpadli w marazm podobny do tego, w którym na początku kadencji było PiS. I znów – łatwo to tłumaczyć konfliktem między Mentzenem a Bosakiem. Konflikt pewnie jest. Był zawsze, w mniejszym czy większym stopniu. Ale nie można wszystkiego nim wyjaśniać. Konfederacja nie ma dziś odpowiedzi na pytanie: co dalej? Mentzen osiągnął bardzo dobry wynik. Udowodnili, że są trzecią siłą. Tylko jak mają rosnąć? Trochę wpadli w rolę wiecznej opozycji, która ma ograniczone szanse na przełamanie. A korzysta na tym partia Brauna.

Mam też wrażenie, że pierwsza fala impetu Brauna już się wyczerpała.

Braun rósł słabością dwóch większych partii prawicowych. Kiedy PiS i Konfederacja były miękkie w przekazie, kiedy – jak to nazywam – uprawiały politykę „pipi prawicy”, on przejmował zawiedzionych wyborców. Przepływali do niego zarówno z Konfederacji, jak i z PiS. Uważam, że szczególnie duża grupa przyszła z PiS – ci zawiedzeni, „obrażeni”, którzy już w 2023 r. nie zagłosowali na partię. Widać to w danych. Jeśli porównać wyniki z 2019 i 2023 r., frekwencja na wschodzie rośnie w niemal każdym okręgu, a wynik PiS w wielu miejscach stoi w miejscu. To znaczy, że część wyborców się wycofała. Braun czerpał również z tej grupy. Być może pierwsza fala już się wyczerpała. Ale każda wątpliwość wyborców prawicowych wobec PiS czy Konfederacji jest dla niego szansą. Jeśli tam pojawia się zawahanie, Braun może na tym zyskiwać.

Czy nie jest też tak, że partie prawicowe – zwłaszcza PiS – są dziś zakładnikami własnej bazy w internecie? Kiedyś wyborca miał tylko kartę do głosowania. Dziś tysiące osób odpisują politykom partii pod każdym wpisem na platformach społecznościowych. I partia to widzi. Czy to nie ogranicza swobody ruchu?

Moim zdaniem prawica wciąż nie wykorzystała potencjału swoich wyborców. Ma większe możliwości niż wynika to z obecnych wyników. I paradoksalnie – nie dlatego, że za bardzo słucha tej internetowej bazy, tylko dlatego, że jej do końca nie rozumie i nie odbiera jej oczekiwań. W prawicowej sferze medialnej bardzo często widać głosy: mocniej, wyraźniej, bardziej zdecydowanie. „Ciśnijcie Tuska. Wymagajcie więcej od rządu”. Ten głos bywa lekceważony. Partia ustawia agendę bardziej według logiki partyjnej niż według energii własnych wyborców.

Czyli problem PiS polega na tym, że nie słucha własnych wyborców, którzy oczekują mocniejszego, bardziej jednoznacznego kursu na prawo? Że to nie jest kwestia przesady, tylko raczej niedosytu po ich stronie?

Pytanie: czy PiS w ostatnich latach naprawdę był tak bardzo „na prawo”? Tak jest to rysowane w mediach. Mainstream zawsze tak to ustawia. Do tego dochodzi europejska narracja, w której każda prawica jest nazywana „skrajną”. Ale gdyby PiS rzeczywiście w pełni zagospodarowało prawą stronę, to nie powstałaby na prawo od niego Konfederacja ani środowisko Brauna. Nie zostawiono by tam przestrzeni. Skoro one urosły, to znaczy, że jakiś tlen tam był i było go sporo.

A może w tej układance kluczową rolę mógłby odegrać prezydent Karol Nawrocki? Czy uważa pan, że prezydent nie jest dziś w stanie pomóc PiS-owi – politycznie, wizerunkowo, organizacyjnie?

Prezydent Nawrocki nie zawodzi swoich prawicowych wyborców. I to, wbrew pozorom, jest ryzyko dla PiS. Jest realna możliwość, że w świadomości prawicowego wyborcy prezydent Nawrocki i PiS się rozjadą. Ten wyborca będzie mówił: „świetny prezydent, nie zawiódł”. I jednocześnie „PiS jest za miękki”. Wtedy poparcie dla prezydenta i zadowolenie z jego działań nie będzie automatycznie przekładać się na poparcie dla PiS.

Prawo i Sprawiedliwość musi przede wszystkim wrócić do gry – ponownie zostać liderem prawicowej narracji. Tak jak przy SAFE – gdy jest głównym głosem. To jest inicjatywa w polityce. Niezbędna, jeśli chce się wygrywać. Prawica w Polsce społecznie jest silna. Pytanie, czy prawicowe partie, przede wszystkim PiS, dorastają do siły własnych wyborców. W polityce próżni nie ma. Jeśli tej energii nie zagospodarują, zrobi to ktoś inny.

Rozmówca

Piotr Matczuk

Publicysta TV Republika, komentator polityczny. Były doradca polityczny i ekspert od marketingu politycznego. Współtwórca kampanii wyborczych PiS od 2011 do 2023 roku. Kierował firmą konsultingową Solvere. Szef Centrum Informacyjnego Rządu w gabinetach Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego. Komentuje politykę m.in. na kanale „Taktyka Polityki”

Policja
Nietykalna sierżant „Doris”. Drugie życie tajnej policjantki
Materiał Promocyjny
Rekordy sprzedaży i większy magazyn w Duchnicach
Polityka
Mamy najnowszy sondaż o ustawie SAFE. Miażdżąca przewaga zwolenników podpisu
Polityka
Adam Bielan dla „Rzeczpospolitej”: Gdyby nie spotkanie Nawrockiego z Trumpem, Polski nie byłoby w G20
Polityka
Włodzimierz Czarzasty w Kijowie: Nie może być wolnej Polski bez wolnej Ukrainy
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama