Doradcy prezydenta przykładają dużą wagę do komunikowania powodów każdego istotnego weta. Wychodzi tu naprzeciw własnym wyborcom, dzięki którym wygrał wyścig do Pałacu Prezydenckiego. To więc głównie elektorat PiS, Konfederacji oraz wszyscy zawiedzeni klasą polityczną, uważający, że Warszawa nie reprezentuje ich interesów. W tym sensie Nawrocki nie tyle przemawia w imieniu większości, ile występuje w roli jej specyficznie rozumianego strażnika.
Podejście to może przypominać nieco wyświechtane już hasło „prezydenta wszystkich Polaków”, ale spoza pewnego układu, którego symbolem był w 1995 r. Aleksander Kwaśniewski. Taka postawa wymaga jednak stałej uwagi, bo jedno potknięcie – weto, które dotknie „zwykłych ludzi” – mogłoby naruszyć wiarygodność prezydenta, być może bezpowrotnie. Tym bardziej, że polityka zużywa: nieustannie, na wielu poziomach, także tym najważniejszym – ludzkim i systemowym.
Pałac po prezydencie Andrzeju Dudzie: zmiana rytmu i kontroli
Postawę prezydenta i jego otoczenia najlepiej widać na zasadzie kontrastu. Dwie kadencje Andrzeja Dudy to nie tylko „gwiazdorzenie” jego ministrów, wrażenie pewnego dryfu na koniec i niemal ciągłe przecieki, ale też trwałe milczenie Pierwszej Damy i opisywane szeroko wybuchy złości prezydenta. Dla porównania, Nawrocki uchodzi za osobę spokojną, wręcz „bez układu nerwowego”, który stara się komunikować ze swoimi współpracownikami krótko i konkretnie. Często robi to za pomocą esemesów, a nie telefonicznie. Tak też umówił się ponoć na spotkanie z Donaldem Tuskiem. W Pałacu każdy dzień ma być czymś wypełniony, w kontraście do czasów Dudy, gdy tygodnie mijały bez celu.
Wciąż dobre są relacje prezydenta Nawrockiego z Jarosławem Kaczyńskim. Prezydent miał np. wyperswadować Kaczyńskiemu pomysł, by szef jego kancelarii Zbigniew Bogucki został drugą wersją prof. Glińskiego, czyli zgłoszonym w Sejmie premierem technicznym. Mogłoby się to skończyć klęską, która poszłaby na konto bardzo popularnego na tym etapie kadencji prezydenta. Od tamtej pory PiS dało sobie spokój z premierem technicznym, chociaż nie ze zgłoszeniem własnego kandydata na premiera. Pojawienie się na tej liście Boguckiego nie było wielkim zaskoczeniem – buduje on konsekwentnie swoją pozycję m.in. poprzez szereg wystąpień w Sejmie. I to takich, które zelektryzowały PiS.
W Pałacu Nawrocki ma za sobą ministrów szeregu środowisk: współpracowników z IPN, jak zaufany rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz, topowych sztabowców PiS – jak Szefernaker, Adam Andruszkiewicz, Anna Plakwicz, strateg Tomasz Matynia, ludzi znanych mu od dekad, jak historyk Sławomir Cenckiewicz, polityków, jak Zbigniew Bogucki czy w końcu łącznicy z kancelarią prezydenta Dudy: minister Wojciech Kolarski oraz zajmujący się newralgiczną sferą międzynarodową minister Marcin Przydacz.
Oczywiście istnieją linie podziału między ministrami i doradcami. Poza ludzkimi sympatiami i antypatiami są też efektem różnic kulturowo-politycznych, czy stażu u boku Karola Nawrockiego. To zderzenie kulturowe nowych ludzi związanych z PiS i tych, którzy pracowali z obecnym prezydentem w IPN generowało na starcie problemy. Ale po pół roku współpracy obydwie grupy w miarę się „dotarły”. To oczywiście dopiero początek. Bo Pałac i jego labiryntowe korytarze to od czasu prezydentury Lecha Wałęsy naturalne miejsce do intryg, których wraz z upływem czasu tylko przybywa. Ekipa Nawrockiego jest wyjątkowo zróżnicowana, pełna ambitnych i wyrazistych postaci. Co będzie za rok, gdy w Polsce zacznie się kampania wyborcza przed wyborami do Sejmu? I czy Nawrocki utrzyma dystans do Warszawy i jej mediów, podobnie jak jego ministrowie?