Do Kijowa marszałek Sejmu pojechał wiedząc, że nie będzie tam ani Karola Nawrockiego ani Donalda Tuska. Dla premiera rocznicowy wyjazd na Ukrainę byłby jednak politycznie ryzykowny. Rząd stara się szukać w kwestii ukraińskiej pewnego wyważenia. Werbalnie i politycznie wspiera Kijów, ale co do wysłania na Ukrainę – w przypadku zawieszenia broni – polskich jednostek, zachowuje pełną rezerwę. Cóż, sondaże są jednoznaczne; większość Polaków tego nie popiera. Podobnie jak coraz częściej daje o sobie znać nad Wisłą ukrainosceptycyzm; Tusk w trosce o przewagę nad PiS-em musi się trzymać sondażowych realiów. Nie może pozwolić sobie na szarżę.
Czego nie może Tusk, może marszałek Czarzasty
Odkąd zasiadł na fotelu marszałka próbuje wykorzystać ten wyrok historii na swoją rzecz. Stawia się Nawrockiemu, w Sejmie stosuje „marszałkowskie weto”, wobec zarzutów dotyczących swojej biznesowo-towarzyskiej przeszłości wyciąga przeciw prezydentowi armatę jego potencjalnie „nieciekawych” relacji z czasów trójmiejskich. Wypad do Kijowa był dla niego niezwykłą okazją, by zaistnieć już nie tylko w polskiej, ale i europejskiej polityce.
Marszałek nie był oszczędny w słowach. Nie używał eufemizmów: —„Trzeba naprawdę umieć nazwać zło” — mówił. — „Putin i Rosja to jest po prostu nieszczęście dla Ukrainy, potencjalnie nieszczęście dla Polski i dla całej Europy. Tu nie ma żadnego relatywizowania, to wszystko trzeba nazywać po imieniu”. Podczas wystąpienia w ukraińskiej Radzie Najwyższej zapewnił, że „chyli czoło przed poległymi w obronie niepodległej Ukrainy i potępia Władimira Putina jako zbrodniarza”. W sprawie akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej też był nadzwyczaj jednoznaczny: — „Nie ma narzekań. Ukraina musi wejść do UE. Musimy to zrobić. Nie ma co jęczeć”. Wypada podkreślić, że był jedynym z europejskich polityków, któremu dane było wystąpić 24 lutego 2026 r. na forum Rady Najwyższej. Dlatego echo tego wystąpienia rozniosło się tak szeroko. Formalnie – jako marszałek Sejmu – jest drugą osobą w państwie. Takich polityków się słucha.