Donald Trump to „często tępe narzędzie" cudzego projektu politycznego, a nie autor własnej strategii – twierdzi Eugeniusz Smolar, dziennikarz i ekspert ds. geopolityki, w rozmowie z Bogusławem Chrabotą w podcaście „Świat w skali makro". Smolar właśnie kończy pisać książkę „Chaos bez sojuszu. Polska i Europa wobec rumowiska starego świata", której kluczowym pytaniem jest: czy grozi nam wojna z Rosją?

Reklama
Reklama

Project 2025 rządzi Trumpem

Smolar odrzuca obraz Trumpa jako wyłącznie impulsywnego demagoga. Jego zdaniem za działaniami obecnej administracji stoi logika nakreślona w dokumencie Heritage Foundation z 2023 r. – słynnym Project 2025. Gdy się przyjrzymy tym propozycjom, to zobaczymy, że bardzo wiele z nich zostało zrealizowanych w pierwszym roku rządów Trumpa – mówi Smolar. – „Nawet jeśli on publicznie w czasie kampanii odżegnywał się od tego projektu, to tak naprawdę jest jego w dużym stopniu realizatorem."

Temu projektowi podporządkowana jest także polityka celna, którą ekspert ocenia krytycznie pod względem merytorycznym, lecz dostrzega jej wewnętrzną konsekwencję. Zwolennicy taryf celnych mają do tego podejście aprioryczne i ideologiczne. Nie ma modeli gospodarczych – przyznaje. – Natomiast konsekwencja, żelazna konsekwencja, z jaką wprowadza się tę politykę, powinna zwrócić naszą uwagę.

Czytaj więcej

Prof. Roman Kuźniar: Cała nadzieja w Donaldzie Trumpie

Ukraina jako przedpole

Smolar proponuje nieoczywistą interpretację stosunku Trumpa do Ukrainy. Jego zdaniem prezydent USA nie działa na korzyść Rosji – działa na korzyść Stanów Zjednoczonych. On to czyni dla Stanów Zjednoczonych, po to, żeby wyczyścić przedpole – wyczyścić lokalny, potencjalnie groźny konflikt – mówi Smolar. – Kosztem Ukrainy.

W tym kontekście pada przypomnienie, które w Polsce przeszło niemal bez echa. Wywiad amerykański zidentyfikował konkretną datę – koniec października 2022 r. – kiedy Putin wydał rozkaz przygotowań do użycia taktycznej broni jądrowej na Ukrainie. A nie użył jej, pod wpływem zdumiewająco mocnej reakcji Stanów Zjednoczonych i Pekinu – mówi Smolar. Gdyby do tego doszło, nie chodzi o straty fizyczne z jednego ładunku. „Reakcja psychologiczna na Zachodzie byłaby tak dramatyczna, że ludzie by się przestraszyli i zaczęliby wywierać naciski na rządy, żeby jak najszybciej zawrzeć jakiekolwiek porozumienie z Rosją kosztem Ukrainy."

Rosja się kurczy

Smolar zwraca uwagę na paradoks, który jego zdaniem umyka debacie publicznej: to właśnie ukraińska walka sprowadziła Rosję do parteru na arenie międzynarodowej. Rosja błyskawicznie traci wpływy swojej bliskiej zagranicy – Kaukaz, Azja Środkowa. Tam wchodzą Stany Zjednoczone, Chiny i Unia Europejska – mówi. Jednocześnie ostrzega przed wnioskiem, że to nas uspokaja. Im lepiej wiedzie się Ukrainie na froncie, tym bardziej zagrożona jest wewnętrzna pozycja Putina – a to może skłonić go do otwarcia kolejnego frontu, np. w Estonii.

Czytaj więcej

Donald Trump: USA wysyłają do Polski dodatkowe 5 tys. żołnierzy

Czy grozi nam wojna?

Ja uważam, że jest to możliwe, choć niekoniecznie prawdopodobne – odpowiada Smolar wprost. I apeluje o powściągliwość wobec Trumpa: Przy całym naszym oburzeniu nie powinno być miejsca na jakiekolwiek drwiny, zwłaszcza ze strony osób publicznych. Powinniśmy ze śmiertelną miną deklarować, że jesteśmy najlepszym z możliwych sojuszników Stanów Zjednoczonych.