Reklama

Stefan Bratkowski znów miota oskarżenia

Festiwal trwa od połowy kwietnia. Wystarczyło wszcząć alarm, że Polsce grozi faszyzm, a Stefan Bratkowski znów wrócił na pierwszą linię polskiej publicystyki
fot. Krzysztof Zuczkowski

fot. Krzysztof Zuczkowski

Foto: Forum

Traktowany z estymą jako honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Ale i z lekceważącą pobłażliwością jako „nestor polskiego dziennikarstwa". Stosunek do niego przypomina podejście polityków do drugiej izby parlamentu. O Senacie mówi się z niezbyt szczerym szacunkiem „izba refleksji i pamięci" i też mało kto traktuje ją poważnie. Tak też bywa ze stosunkiem do Bratkowskiego.

Mimo lat pracy, dziesiątek wyróżnień i nagród, wydania kilkunastu książek w ostatnim czasie 77-letni Stefan Bratkowski był poza głównym obiegiem. Z rzadka zapraszany do telewizji i z rzadka też proszony o opinie. Czasem wypowiadał się w sprawach standardów dziennikarskich, czasem w jakimś szacownym gronie podpisał kolejny list otwarty. Oprócz tego wiadomo było, że pracuje w jakiejś prywatnej szkole dziennikarskiej. A od czasu, gdy zerwał z „Rzeczpospolitą", swoje teksty mógł publikować tylko w Internecie. Gazety (lub czasopisma) nie biły się o niego.

Pucz się nie udał

Przełom nastąpił w połowie kwietnia. Wywiesił w Internecie swój apel o walkę przeciw faszyzmowi. Właściwie miał go wygłosić na zjeździe SDP, ale większość mówców była tak gadatliwa, że zabrakło dla niego czasu.

Zagrożenie faszystowskie – tak jak je wskazał Bratkowski – nie płynie wcale ze strony skinów czy skrajnych radykałów z kręgu Tejkowskiego i Bryczkowskiego. To PiS, druga partia w kraju, jest ugrupowaniem faszyzującym. A jej prezes, czyli wódz, jak go nazywa Bratkowski, to po prostu Benito Mussolini. Kilka dni przed ogłoszeniem apelu partia Jarosława Kaczyńskiego obchodziła pierwszą rocznicę katastrofy smoleńskiej. Na uroczystości do Warszawy przyjechało kilka tysięcy członków i sympatyków PiS. Dla Bratkowskiego był to niemal dowód na próbę przeprowadzenia faszystowskiego puczu:

„Czy 10 kwietnia miał być okazją do swoistego marszu na Warszawę, jak Mussoliniego „marsz na Rzym", tyle że autokarami? Tym razem nie wyszło – Rydzyk zapowiadał 75 tysięcy, zjechało 7 tysięcy, trochę mało dla zamachu stanu. Ale wódz nie rezygnuje, ostrzegam" – pisał w swoim apelu.

Pozostało jeszcze 87% artykułu

Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)

Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:

  • codzienne wiadomości, wartościowe komentarze i opinie na serwisie
  • pogłębione reportaże i publicystyka w Plusie Minusie
Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama