Polska najwyraźniej będzie potrzebowała dwóch krzeseł na unijnych szczytach: dla premiera i prezydenta – wynika z ogłoszonego wczoraj werdyktu Trybunału Konstytucyjnego.
Jeżeli więc Lech Kaczyński zechce uczestniczyć w spotkaniach szefów państw Unii Europejskiej, to rząd nie może zniechęcać go do wyjazdu, np. odmawiając samolotu, tak jak się stało w ubiegłym roku. Jednak to Rada Ministrów przygotowuje stanowisko na szczyt, a prezentuje je szef rządu.
Udział głowy państwa w konkretnym posiedzeniu wymaga współdziałania z premierem i właściwym ministrem. Lech Kaczyński powinien więc informować rząd o chęci wyjazdu na szczyt. Ale będzie też miał możliwość odniesienia się do stanowiska rządu „w zakresie obejmującym jego kompetencje”.
Czy werdykt zapobiegnie przyszłym kłótniom przed unijnymi szczytami? – Trudno w to uwierzyć – ocenił na gorąco Eugeniusz Kłopotek z PSL. Politycy PO i PiS już wczoraj spierali się o werdykt Trybunału. – Jak będzie jedno miejsce na szczycie, to wiadomo, że zajmie je pan premier – mówił Krzysztof Lisek z PO, szef Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych.
Ale już Karol Karski z PiS mówi o blamażu rządu, który zadał pytanie, na które odpowiedź była oczywista. – Trybunał orzekł to, co mówi konstytucja, prezydent może jeździć na szczyt – komentował Karski.
– Orzeczenie sankcjonuje remis – ubolewa znawca konstytucji prof. Marek Chmaj. – Mamy sytuację patową. Wiedzieliśmy przecież, że prezydent jest wolnym człowiekiem, może jeździć, gdzie chce, i uczestniczyć w obradach, jeśli go wpuszczą. Wiedzieliśmy też, że przewodniczenie delegacji należy do premiera.
Według prof. Chmaja Trybunał Konstytucyjny w rzeczywistości nie rozstrzygnął sporu kompetencyjnego między ośrodkami władzy, lecz tylko zinterpretował konstytucję.
Artur Wołek, politolog i konstytucjonalista, dodaje, że swym rozstrzygnięciem Trybunał Konstytucyjny utrzymał po prostu status quo.
Z wnioskiem o rozstrzygnięcie sporu między ośrodkami władzy wystąpił rząd. Było to po kłótni o samolot, którego szef Kancelarii Premiera odmówił prezydentowi. Kancelaria Prezydenta wyczarterowała wówczas samolot, a kosztami chce obciążyć rząd, co jest przedmiotem sądowego sporu.