W ubiegły piątek ukazał się 1500 numer tygodnika "Plus Minus". Z tej okazji przypominamy najciekawsze teksty, które były publikowane w "Plusie Minusie" w ciągu ostatnich kilkunastu lat.

Jest maj 1988 roku. Od dwóch dni trwa strajk w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Maciej Łopiński, mój szef z biuletynu gdańskiego regionu Solidarności, każe nam wejść na teren stoczni i pomóc stworzyć pismo strajkowe. Redakcją staje się część kuchni słynnej stoczniowej stołówki. To Sanctum Sanctorum stoczniowej republiki. Dbamy, by mogli tu wejść tylko i wyłącznie nasi ludzie. Przed drzwiami stoją zaufani stoczniowcy i odsyłają z kwitkiem ciekawskich.

Nagle w drzwiach pojawia się nowa twarz i czuję, że zaraz wrzasnę na ochronę, że znowu wpuścili kogoś z zewnątrz. – Na ile dni macie papieru? – pyta bez ceregieli młody wąsacz w zielonej kurtce z palącym się papierosem w dłoni.

– To Leszek Kaczyński, kieruje wszystkim – subtelny, ale ściszony głos Maćka Łopińskiego uprzedza moje pytania. Mimo wszystko odpowiadam na fachowe pytania niechętnie. Rozdrażniony bezceremonialnym stylem faceta, którego nazwisko znane z oświadczeń TKK Solidarności [TTK – Tymczasowa Komisja Kordynacyjna] łączę teraz z niewysoką postacią z dość zabawnym wąsikiem.

W kolejnych dniach strajku zauważamy, jak ważne miejsce u boku Lecha Wałęsy zajmuje człowiek wyglądający w stoczni troszeczkę jak młody inżynier lub inteligent z miasta. (...)

Ponownie spotkaliśmy się w Stoczni Gdańskiej na strajku w sierpniu 1988 roku. Wtedy jeszcze mocniej było widać, jak kluczową pozycję Leszek zajmuje u boku Wałęsy. W najważniejszą noc z 31 sierpnia na 1 września Wałęsa wrócił z Warszawy po rozmowach z Kiszczakiem. Ogłosił – albo kończycie strajk i razem podejmujemy negocjacje Okrągłego Stołu, albo strajkujcie, ile chcecie, a ja strajk opuszczam. Razem z Jackiem stoimy przed zamkniętą salą, gdzie debatuje czołówka strajku. Bogdan Borusewicz ostrzega, że władza wystrychnie jeszcze Solidarność na dudka. Lech Kaczyński dla odmiany broni linii Wałęsy zębami i pazurami. My, młodzi z redakcji gdańskiej „Regionówki" nie wierzyliśmy w dobre intencje szefa MSW. Gdy skończyła się narada i wiadomo już było, że następnego dnia opuścimy stocznię – spróbowaliśmy jakoś dać do zrozumienia naszemu nowemu mentorowi, że nas rozczarował.

– Puknijcie się w głowę, mało kto w Polsce podjął strajk. Pójdźcie na świeże powietrze, to może trochę otrzeźwiejecie – rzucił w odpowiedzi zmęczony i rozdrażniony Leszek. (...)

Czytaj więcej

Apel w sprawie pułkownika Kuklińskiego

Po prostu – nie wolno

W grudniu 1991 roku razem z Jackiem Kurskim uważamy się już za dziennikarskie wygi. Razem prowadzimy w TVP reporterski program „Refleks". Polityka przyciągnęła nas do Warszawy, ale tu regularnie spotykamy Leszka w gmachu na Wiejskiej. Wpierw był senatorem Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, a od października 1991 roku posłem Porozumienia Obywatelskiego Centrum, a jednocześnie człowiekiem, który z nominacji Wałęsy kierował jako pierwszy szef Biurem Bezpieczeństwa Narodowego. Między braćmi a prezydentem Wałęsą panowały wtedy ciche dni, ale jeszcze nie jawna konfrontacja. W grudniu 1991 r. ukazuje się wpierw książka Zbigniewa Bujaka „Przepraszam za »Solidarność«", a rychło potem wszyscy dowiadują się o wystawieniu na sprzedaż przez Bujaka legitymacji grupy oporu Solidarność, bodaj z Kalisza. Na domiar złego legitymacja znalazła się na aukcji organizowanej przez żonę generała Kiszczaka.

Autopromocja
TYLKO U NAS

Ambasador Chin w Polsce Sun Linjiang o nowej ofercie współpracy Pekinu z Warszawą

CZYTAJ

Symbol upokorzono podwójnie. Po pierwsze wystawiono go w ogóle na sprzedaż. A po wtóre sprzedano go za grosze. Zaczynamy kręcić zdjęcia do kolejnego odcinka „Refleksu" na ten temat. Najbardziej zapamiętano z niego epizod wsiadania Adama Michnika do limuzyny Jerzego Urbana. Ale istotą programu było rozpaczliwie poszukiwanie przez nas na korytarzach sejmowych kogoś, kto zareagowałby na takie solidarnościowe świętokradztwo. Szybko odkryliśmy, że wszyscy raczej dziwią się, że to my się dziwimy. Tylko Ryszard Bugaj i Lech Kaczyński zgadzają się w tej sprawie wystąpić przed kamerą. Pamiętam do dziś nagrane słowa Kaczyńskiego: – Takich rzeczy robić nie wolno. – Nawet jeśli pieniądze z aukcji miały iść na cele charytatywne? – dopytujemy się. Leszek podkreśla raz jeszcze: – Nawet jeśli tak było, to takich rzeczy robić nie wolno. (...)

Mający coś dziecięcego w twarzy Lech Kaczyński – wypowiadając te słowa, spoważniał, leciutko się wyprostował, stwardniał. Jakby rzucał światu wyzwanie. Błyszczały mu oczy, jakby w pojedynkę czuł się obrońcą honoru dawnej dziesięciomilionowej Solidarności, której prominenci machali teraz pobłażliwie ręką na zachowanie Bujaka.

Tak mógł kiedyś wyglądać chłopiec z Żoliborza, zaciskający pięści ze łzami w oczach, gdy ktoś przy nim wyśmiewał powstanie, w którym walczył jego ojciec.

Czytaj więcej

Tajemnice starej fotografii

Wy nic nie rozumiecie!

To było 24 maja 1995 roku, gdy po trzech latach prezesury w Najwyższej Izbie Kontroli Lech Kaczyński został wskutek decyzji postkomunistów przedwcześnie odwołany z funkcji w głosowaniu sejmowym. Pracowałem wtedy w TVP na placu Powstańców, przygotowując codzienne rozmowy „Pulsu dnia". Akurat tego dnia prowadził mój kolega Jacek Łęski, wówczas u szczytu swojej kariery dziennikarza śledczego. Kaczyński przybył do studia wyraźnie przemęczony i rozdrażniony. Chciał opowiedzieć o tym, jak poznał mechanizmy oszukiwania państwa. Jak daleko posunęła się patologia i jaka była konstrukcja wielu afer – paliwowych, uwłaszczeniowych. Jacek nie dawał narzucić sobie logiki rozmowy i pytał o szczegóły. Dziś już rozumiem, że wiele spraw można było tylko omówić, gdyż nie sposób było ich udowodnić w sądzie. Także i prokuratura wtedy miała opinię instytucji bardzo wyczulonej na życzenia ekipy SLD. Ale my w „Pulsie dnia" nie mieliśmy dla opozycji taryfy ulgowej. Skoro traktowaliśmy ludzi z ekipy Oleksego w sposób bardzo obcesowy, trzymaliśmy się zasady, by równie wymagająco wypytywać przedstawicieli prawicy. Dla Lecha Kaczyńskiego było to nieprzyjemne zaskoczenie. Po całym dniu, gdy musiał wysłuchiwać ataków w Sejmie, zakładał, że w telewizji Walendziaka będzie mógł wreszcie opowiedzieć swoją historię o trzech latach w NIK.

Czuliśmy jego rosnące rozdrażnienie, ale nas to tylko nakręcało. Rozmowa nie wyszła dobrze i wychodząc ze studia, Kaczyński wybuchnął: – Już teraz wiem, po której stronie stoicie! (...)

Ponad dekadę potem, w grudniu 2007 r. w Pałacu Prezydenckim natknąłem się na prezydenta wzburzonego moimi dywagacjami na łamach „Rzeczpospolitej", czy po przegranych wyborach jego brat Jarosław nie powinien przejść na funkcję prezesa honorowego PiS. Padły mocne słowa, a ja odpłaciłem się radą, żeby podwładni prezydenta nie zapraszali do pałacu kogoś, kto prezydentowi działa na nerwy. Następnego dnia rano prezydent zadzwonił z przeprosinami. A ja przepraszałem za wyzywający uśmiech, z którym przyjąłem ostre słowa prezydenta w obronie swojego brata. Przypomniała mi się stara prawda powtarzana przez ludzi, którzy zetknęli się z braćmi Kaczyńskimi. Swoje krzywdy prezydent zawsze wybacza, a krzywdy uczynione bratu bolą go do żywego. (...)

Sobota, 2 kwietnia 2005 r.

Od paru dni Polska modli się za zdrowie gasnącego Jana Pawła II. W południe w redakcji „Warto rozmawiać" z Jankiem Pospieszalskim i Pawłem Nowackim oraz całym zespołem rozpoczynamy rutynowe kolegium na temat przyszłotygodniowego programu. (...) Od słowa do słowa zaczynamy zadawać sobie pytanie, dlaczego by jutro, w niedzielę nie powtórzyć mszy w miejscu słynnego nabożeństwa z czerwca 1989 roku. Nie mija chwila, i Janek, który zna wszystkich najważniejszych proboszczów w Warszawie, dzwoni na Koło do księdza prałata Jana Sikorskiego z naszym wspólnym pomysłem, by mszę przenieść na plac Piłsudskiego. Zaskoczony ksiądz Sikorski akceptuje nasz pomysł, ale odpowiada, że bez pomocy miasta o tak gigantycznej mszy nie ma co myśleć. Muszą być barierki, służby ratunkowe czy sanitariaty.

Teraz to Janek wpycha mi w rękę komórkę i mówi: Znasz Kaczora, to do niego dzwoń. Parę telefonów do wspólnych znajomych, i już zdobywam numer tajnej komórki prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego. Dodzwaniam się i z marszu w krótkich żołnierskich słowach mówię: – Od połowy tygodnia cała Warszawa modli się za zdrowie papieża. Jutro jest niedziela, więc zróbmy może mszę w tym samym miejscu, gdzie Jan Paweł II wymodlił nam pomoc Ducha Świętego. Lech szybko się decyduje: – Przekonałeś mnie, wchodzimy w to. Zwołam w ratuszu za półtorej godziny operatywkę szefów służb miejskich, ale pod jednym warunkiem. Wy teraz załatwicie pełną zgodę kurii warszawskiej. (...)

Przez całą noc służby miejskie szykują sektory i obsługę mszy. Punktualnie o 15 biskup Jarecki rozpoczyna mszę, na którą przybywa 100 – 150 tysięcy warszawiaków. Po mszy zabiera głos Lech Kaczyński i deklaruje, że na placu Piłsudskiego powstaje pomnik w miejscu ołtarza z 1979 r. Ale aby uniknąć posądzenia o to, że chce wykorzystać śmierć papieską – już po mszy zastrzega dziennikarzom: – Ten pomysł zgłaszali moi współpracownicy, ale to nie będzie moja inicjatywa. (...)

Czytaj więcej

Lech Kaczyński, czyli państwo bez kompleksów

Trójmiejska arkadia

A wywiady? Co z wywiadami? W ciągu ostatnich 20 lat przeprowadziłem ich nieco z Lechem Kaczyńskim. A najbardziej w pamięci utkwił mi ten z 25 czerwca 2008 roku. Formalnie pretekstem do rozmowy dla „Rz" była 30. rocznica założenia Wolnych Związków Zawodowych. (...)

Widać było, jak w rozmowie prezydent rozmarzył się, wspominając siebie jako 29-letniego asystenta Uniwersytetu Gdańskiego, który z opozycyjną misją trafia na zebrania Wolnych Związków Zawodowych w ubogich mieszkaniach robotniczych dzielnic Gdańska. Gdy mówił o latach 70., znów błyszczały mu oczy. Widać było w rozmowach, jak powraca do problemu starych robotników. Tych, którzy po 1989 roku nie „załapali się" do polityki, bo byli za mało obrotni lub mieli zbyt wiele skrupułów. Widać było, że Kaczyński śledzi losy swoich współpracowników sprzed 1989 roku i boli go, że tak nagle zniknęli z życia politycznego, by teraz zmagać się z biedą:

– Bardzo chętnie za pomocą jednej ustawy przyznałbym tym ludziom godziwe emerytury, ale to nie jest takie proste. Dziś poprawność liberalna nakazuje oszczędzać na emeryturach. Bo dziś trzeba pieniędzy. Trzeba powiedzieć, że ktoś zapłaci za to 1 proc. podatku więcej. Podtrzymywanie pewnych tradycji kosztuje, ale tę cenę trzeba zapłacić.

Jeszcze bardziej bolała go zwykła niepamięć. Opowiadał jak w roku 1995, kiedy wrócił z polityki do pracy na Uniwersytecie Gdańskim, nikt z jego studentów nie wiedział, co oznacza skrót TKK. Jeszcze w latach 80. Tymczasowa Rada Koordynacyjna Solidarność była dla wielu milionów Polaków jedyną nadzieją. A jednak po kilku latach nikt o tym nie pamiętał.

I właśnie dlatego prezydent tyle wysiłku wkładał, aby ocalić pamięć o solidarnościowym podziemiu od zapomnienia. I dlatego z takim uporem jego urzędnicy poszukiwali ludzi z podziemia, których często Lech Kaczyński znał z imienia czy pseudonimu, a o których sam najlepiej wiedział, jak bardzo się narażali. Pamiętał, jak bardzo bezpieka była brutalna właśnie wobec robotników. Ludzi, których nie posądzano, że mają przyjaciół, którzy wyślą ich nazwiska i opisy pobicia do radia Wolna Europa.

Jedną z takich uroczystości wręczania orderów widziałem sam 28 września 2009 roku z okazji 30-lecia Ruchu Młodej Polski w gdańskim Dworze Artusa. Większość tego środowiska odnalazła się w ostatnich latach w Platformie. A jednak prezydent znalazł czas, by przyjechać z Warszawy, aby osobiście wręczyć ordery młodopolakom. Nawet Aleksander Hall „chwycił bluesa" i uśmiecha się młodzieńczo w klimacie pojednania erempowców. Ostatni chyba raz widziałem prezydenta tak ożywionego, tak szczęśliwego, że znowu jest razem z kolegami z opozycyjnego Gdańska lat 80. i 90. Spotkanie z odznaczonymi i poczęstunek w piwnicach Dworu Artusa trwał do wieczora. Dlaczego prezydent był tak rozpromieniony? Myślę, że chłonął coś, co można nazwać cofnięciem się czasu, oderwaniem się od banalnych wojenek PiS z PO. Był myślami znów w swoich najszczęśliwszych latach. Nie wiedział, że ma przed sobą już tylko siedem miesięcy życia.

Piotr Semka

Historyk, dziennikarz, publicysta, pisał m.in. w „Rzeczpospolitej" i „Uważam Rze", autor książek (m.in. „Lewy czerwcowy", „Lech Kaczyński. Opowieść arcypolska", „My, reakcja. Historia emocji antykomunistów 1944-1956"); w czasach PRL działał w opozycji demokratycznej