Współczesna polska sztuka zamieniła się w sieć interesów. Uformowały się „rodziny", grupy wzajemnego wsparcia wykluczające kogokolwiek z zewnątrz. Niezależnych krytyków wyeliminowano – byli niebezpieczni, bo mogli chlapnąć coś nie w smak decydentom. Ich rolę przejęli kuratorzy. Chętnie wypowiadają się w mediach. Mieszają z błotem, dezawuują. Przywalają każdemu, kto mógłby być konkurencją. (...)

Polka monopolka

Nasza ćwierćwiekowa wolność nie przyniosła twórcom wiele dobrego. Urynkowienie okazało się dla nich zgubne – bo biedniejące społeczeństwo przede wszystkim zrezygnowało z potrzeb wyższego rzędu. Żeby zupełnie nie zdechła sztuka wymagająca od odbiorcy rozeznania i intelektualnej aktywności, trzeba było wygenerować pozarynkowe mechanizmy.

Na sukces załapali się nieliczni. Najwyższe pozycje zajęli dawni outsiderzy z nurtu krytycznego oraz postkonceptualni minimaliści. Poprzebierano w malarzach jak w ulęgałkach i ostatecznie wpuszczono na Parnas trzech z byłej Gruppy, kilku z Luxusa (szablony) plus nowych postsurrealistów, którzy rzekomo już się zmęczyli – rzeczywistością. Wybrano sobie nestorów: Edward Krasiński, Alina Szapocznikow, Oskar Hansen. Rocznicowo przypomniany został Henryk Tomaszewski. Niedawno dorzucono Mirona Białoszewskiego (tak, tak, jako reprezentanta sztuk wizualnych) i Ernę Rosenstein. Z żyjących za starego, dobrego guru uchodzi Edward Dwurnik. Orszak nobilitowanych fotografów otwierają Zofia Kulik i Józef Robakowski, zamyka Zbigniew Libera. I wystarczy.

Dlaczego tak małe grono dostąpiło wyróżnienia? Nie podważając rangi ich dokonań (każdego wysoko cenię!), powiedzmy otwarcie: ich dorobek lub schedę po nich wprowadzono do układu. A to oznacza promocję u nas i za granicą.

Pozostali artyści toną. Wielu zawiesiło się na jakimś raz sprzedanym, powielanym w setkach wariantów pomyśle. Tysiące popadły w biedę, choroby, depresję. Jest jeszcze spora grupa niepokornych, utalentowanych i wystawiających gdzie tylko się da – co i tak nic nie da, bo działają w próżni. Poza krewnymi i znajomymi, którzy przyjdą na wernisaż, nikt się o nich i ich pracach nie zająknie.

W rezultacie mnóstwo zdolnych twórców przepadło. Nikt się nimi nie interesuje. Jakby umarli. A oni żyją, pracują, eksperymentują – tylko nie mają gdzie się zaprezentować. Choćby byli najgenialniejsi, jeśli nie należą do mainstreamu, nie mają szans na karierę. Bo nie ma niezależnej krytyki. Ostatnia dekada to dyktatura tych, których długo nie było widać na wizualnej scenie. Działali w drugim szeregu, niemal niewidoczni zza pleców artystów; jeśli znani, to głównie środowiskowo.

Pierwszą u nas wielką manifestacją kuratorskiej kreacyjności była prezentacja „Polaków portret własny" (1979). Nazwisko jej autora Marka Rostworowskiego stało się powszechnie znane. W latach 80. i na początku 90. mistrzem od pokazów scenariuszowych okazał się Janusz Bogucki. Co to takiego – wystawy zwane tematycznymi, scenariuszowymi bądź po prostu kuratorskimi? W 1998 roku w „Słowniczku artystycznym Rastra" wśród wielu złośliwych quasi-definicji znalazła się taka: „AMBIT – najbardziej ambitny typ wystawy zbiorowej, tzw. »wystawa problemowa«, czyli starannie wymyślona przez kuratora. Zaproszeni artyści lub konkretne, wyselekcjonowane przez kuratora dzieła mają ilustrować postawione przez niego tezy, odnieść się do nich albo też charakteryzować wskazane zjawisko [...]. Z kreatywnością nie jest najlepiej, ale dotyczy to w równej mierze kuratorów, którzy jako tematy wystawy często wymyślają tak ogólne hasła (czy wręcz slogany), że nie mogą one stanowić jakiegokolwiek wyzwania intelektualnego dla artystów".

Minęło kilkanaście lat. Teraz to oni, kuratorzy, decydują o kształcie sztuki (nie tylko ekspozycji!); ich arbitralne decyzje wynoszą lub usuwają w cień czyjś dorobek; oni zastąpili krytykę artystyczną. Ba! Stali się ważniejsi niż artyści.

W wywiadzie dołączonym do „Kompasu Młodej Sztuki 2014" (dodatek do „Rzeczpospolitej") Katarzyna Stanny, artystka, wyznaje: „O tym, czy dany eksponat jest dziełem sztuki czy nie, decyduje przede wszystkim miejsce jego prezentacji, a także kurator wystawy. Galeria albo muzeum nadaje kontekst obiektowi, a interpretacje takich zjawisk są wielowymiarowe".

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Przedstawicielka sztuk wizualnych, do tego pedagog stołecznej ASP, mówi otwartym tekstem o niebezpiecznym relatywizmie. O naginaniu. Bo skoro dzieło samo w siebie nic nie znaczy, a dopiero kontekst nadaje mu sens – to znaczy, że artyści nie tworzą z potrzeby własnej czy w wyniku przemyśleń, lecz „pod kuratora" lub „na zadany temat". I obojętne, czy powstaje rzecz wybitna, oryginalna, wartościowa czy też coś banalnego, wtórnego, bezmyślnego – bo i tak nie ma żadnych uniwersalnych kryteriów ani obiektywnej oceny. Rezultaty tej manipulacji są widoczne gołym okiem. W galeriach zrobiło się monotonnie. Niemal wszędzie królują wystawy kuratorskie – czy za galerię robią dwa pokoiki w bloku na piętrze czy publiczne centra.

Bywają świetne – ale te wyjątkowe są kosztowne i wymagają długich przygotowań. Gdzie kasy i czasu brak, pojawia się quasi-sztuka, ready-mades i obiekty zastępcze. Do kuratora należy sprytnie nagiąć to coś do stosownej tezy.

Odbiorcy coraz częściej czują się mamieni, kołowani, poniżeni – ale milczą, bo niby gdzie mają się wypowiedzieć? A że tracą ochotę na odwiedzanie galerii? Bez znaczenia, przecież te przybytki nie utrzymują się z biletów ani ze sprzedaży sztuki.

Czytaj więcej

Mały ludek

Im więcej inteligencji, tym więcej głupoty

Po moim niedawnym wykładzie w toruńskim CSW napisała do mnie jego słuchaczka: „[...] gdy szukałam informacji o artystach albo czytałam teksty, kuratorskie – ogarniało mnie przerażenie. To, co pisali kuratorzy w tekstach dotyczących różnych wystaw poniewierało mną, wzmacniało kompleksy i utwierdzało w przekonaniu, że »progi są za wysokie na moje nogi«".

Nieznośnie pretensjonalne i nudne teksty, zamieszczone w katalogach czy na planszach wystawowych, istnieją same dla siebie. Właściwie – stały się ważniejsze niż to, co widać. Im bardziej znikoma zawartość sztuki w sztuce, tym bardziej rozbuchane dywagacje. Ich autorom często zbywa na umiejętności formułowania myśli, językiem ojczystym posługują się jak łopatą, za to chętnie dokonują karkołomnych porównań, powołując się na znane w humanistyce nazwiska. Bełkot, który nietrudno obśmiać, obnażając tautologie, antynomie, logiczne sprzeczności i inne błędy poprzetykane zapożyczeniami z angielskiego. Jak wiadomo, soc-nowomowa była pożywką dla kabaretu. Gdyby Kolega Kierownik (Jacek Fedorowicz) z „60 minut na godzinę" miał następcę, mógłby czerpać inspirację z tekstów kuratorskich. Ale takiego kabaretu nie ma. A ci, którzy nie mają żadnych skrupułów w ośmieszaniu innych (obciachem już jest dojrzały wiek), tracą poczucie humoru, gdy tylko ktoś chce się odwinąć i odpłacić pięknym za nadobne.

Konsekwencje nadpłodności teoretycznej były nieoczekiwane: kuratorzy zaczęli występować w roli krytyków. Pierwsze sygnały nie wydawały się groźne, choć trąciły brakiem etyki zawodowej.

Przez 15 lat mojej pracy w „Rzeczpospolitej" obowiązywała żelazna zasada – krytyk nie może być podejrzany o osobiste korzyści czerpane przy okazji popularyzowania jakiejś osoby (wystawy, zjawiska itp.). Naganne nawet było napisanie wstępu do katalogu wystawy, którą potem omawiało się (choćby w innej formie) na łamach gazety. Połączenie funkcji kuratora i krytyka wydawało się nie do przyjęcia (o ile wiem, „Rzeczpospolita" nadal obstaje przy tej regule). Novum pojawiło się w pierwszych latach XXI wieku. Dwaj kuratorzy CSW Zamek Ujazdowski zaczęli regularnie publikować w dzienniku i innych czasopismach. Nie w tym rzecz, czy byli/są literacko zdolni oraz oblatani w temacie. Zrobili wyłom w „kodeksie krytycznej moralności".

Po nich ruszyła sfora młodszych, dla których jakiekolwiek uczciwe zasady gry nie miały znaczenia. I poszło!!! Dziś kurator już nie jest tylko pomysłodawcą pokazów, interpretatorem dzieł, egzegetą twórczych poszukiwań. Mianowano go artystą! A ekspozycje ze scenariuszami uznano za osobny gatunek sztuki. To jakby cofnąć się do średniowiecza – wówczas status malarza czy rzeźbiarza zrównany był z pozycją rzemieślnika. Jedni i drudzy pozostali na wieki bezimienni.

Czytaj więcej

Polska na krawędzi

Grupy wzajemnego wsparcia

Konsekwencją obecnych manewrów na scenie sztuki może być powrót do... anonimowych autorów, podczas gdy jedynym kreatorem będzie kurator. O krytykach nie ma co mówić – w tym rozdaniu nie grają.

„Pożegnanie z krytyką". Tak Mieczysław Porębski, mój intelektualno-moralny idol (jestem z pokolenia, które takowych miewało), zatytułował książkę-esej sprzed prawie pół wieku (1966, wznowienie – 1982). Było to w czasach, gdy krytyka trzymała się mocno, a status społeczny przedstawicieli tej profesji plasował się znacznie wyżej niż zwykłego dziennikarza.

Tymczasem w ostatnich kilku latach niezawisła krytyka zniknęła z mediów. Tak, to efekt uboczny urynkowienia: ten towar nie ma brania. Nikt nie chce czytać/słuchać o czymś, czego nie rozumie, a wstydzi się do tego przyznać. To się wiąże z manipulacjami, o których już była mowa.

Są też inne powody: krytyków zastąpili szeregowi dziennikarze, którzy po prostu kopiują/wklejają notki z PR-owskich zapowiedzi. W efekcie odbiorca dostaje niestrawną promocyjną papkę. Z blurbami nie da się pokłócić czy nie zgodzić – przecież to nie są niczyje opinie, tylko chwyt marketingowy. Daje to rezultat kuli śniegowej: niezrozumiałe „opisy" zrażają potencjalnych widzów. Niechęć do sztuki rośnie, zainteresowanie nią maleje.

Następna przyczyna eliminacji krytyki ma charakter jeszcze bardziej przyziemny: media zbiedniały. Jak wiadomo, w sytuacjach kryzysowych, gdy przestają działać mechanizmy ochronne dla pewnych grup zawodowych czy społeczności, najlepiej sprawdzają się metody mafijne. Osoby wzięte pod skrzydła „rodziny" mogą spać spokojnie, o ile dostosują się do pewnych zasad.

Tak właśnie się stało w mediach. No, nie wszędzie – ale w wielu redakcjach (zwłaszcza kulturalnych, bo to dziedzina, w której najtrudniej o obiektywną ocenę wiedzy i umiejętności) uformowały się grupy wzajemnego wsparcia wykluczające kogokolwiek z zewnątrz. Nawet jeśli dochody są niewielkie, to nieustanne autopromowanie siebie i zespołu kolegów procentuje innymi zyskami.

„Rodziny" wyeliminowały pośredników-ekspertów. Szybko zorientowali się, gdzie jest głowa układu scalonego. Krytycy sztuki są im niepotrzebni, ba! Niebezpieczni – mogą chlapnąć coś nie w smak decydentom. Kulturalni redaktorzy zwracają się bezpośrednio do kuratora czy artysty. Taki chętnie się wypowie przez telefon czy na żywo; o każdej porze dnia czy nocy; całkiem gratis. Przecież to jego interes.

W takim układzie wszyscy są zadowoleni – redaktorzy nawiązują kontakty, przeprowadzają wywiady, wyjeżdżają na zagraniczne imprezy plastyczne. Z czasem – zwykle bardzo krótkim – zaczynają się uważać za fachowców. I tak utrwala się monopol medialno-kulturalny.

A krytycy? Im już dziękujemy, sami się obsłużymy. I wszystko zostanie w rodzinie.

Dr Monika Małkowska

Była przez wiele lat krytykiem sztuki, obserwującym i opisującym najważniejsze wydarzenia w polskim życiu kulturalnym. Wykładowczyni akademicka, projektantka mody, publicystka