W lipcu 2008 r. na posiedzeniu sejmowej komisji, która zajmowała się odebraniem immunitetu Zbigniewowi Ziobrze, doszło do awantury, której kulminacją była wymiana okrzyków „Targowica wychodzi” (w wykonaniu posłów KO) i „Targowica zostaje” (w wykonaniu posłów PiS). Innymi słowy przedstawiciele dwóch największych partii w Polsce zarzucali sobie nawzajem de facto zdradę narodową. Już kilkanaście lat temu obserwowaliśmy więc inflację wielkich słów, która odbierała im ich ciężar. Bo jeśli przy byle okazji przeciwnika politycznego odsądza się od zdrajców ojczyzny, trudno takie oskarżenia za każdym razem traktować poważnie. Zwłaszcza że ich autorzy siadają potem obok siebie jakby nigdy nic w Sejmie – zamiast wzywać ABW i domagać się zakucia w dyby tych, którzy chcą oddać Rzeczpospolitą w ręce jej wrogów.

Czytaj więcej

Zabójstwo Rosjanina w Białej Podlaskiej. Prokuratura ujawnia nowe fakty

Argumentum ad Putinum, czyli jak używać Rosji w roli politycznego cepa

Lipiec 2008 r. był jednak tym szczęśliwym czasem, kiedy jeszcze można było łudzić się, że czas geopolitycznej grozy, jaka towarzyszy sąsiedztwu Polski z żarłocznym imperium rosyjskim, mamy już szczęśliwie za sobą. Już miesiąc później okazało się, że jest zupełnie inaczej – Rosja wkroczyła do Gruzji. Co było dalej doskonale wiemy.

Mogłoby się wydawać, że zmieniający się kontekst doda nam wszystkim nieco powagi w kwestiach fundamentalnych. Okazało się to jednak nadmiernym idealizmem. Mimo tego, że Rosja nie tylko napadła Gruzję, ale też połknęła Krym, po czym rozpoczęła pełnowymiarową wojnę z Ukrainą, polskim politykom nie przeszkadza to w trywializowaniu zewnętrznych zagrożeń na potrzeby polityki wewnętrznej i sięganie po tzw. argumentum ad Putinum, czyli sprowadzanie debaty politycznej do absurdu przez zarzucanie drugiej stronie wysługiwanie się Rosji, co zamyka oczywiście możliwość jakiejkolwiek dyskusji, bo przecież ze zdrajcami się nie dyskutuje.

Przez lata robił to PiS, który starał się wmówić nam, że Donald Tusk we współpracy z Władimirem Putinem przeprowadził zamach w Smoleńsku. Ale po ten sam argument sięga przecież Donald Tusk, który w czasie niedawnej Rady Krajowej KO stwierdził, iż „piątka Putina to piątka Kaczyńskiego”, przywołał zresztą również wspomnianą już Targowicę. Z drugiej strony PiS znalazł dowody innej zdrady – na rzecz Niemiec. A także, jak ostatnio mówił Przemysław Czarnek w Sejmie – na rzecz Ukrainy. Czyli znów „zdrajcy” kłócą się ze „zdrajcami” – przez co praktycznie nikt nie traktuje całej sprawy poważnie.

Rosja już tu jest, mamy na to dowody

Jest nawet gorzej, bo inflacja wielkich słów prowadzi do umniejszania realnych zagrożeń. Przecież politycy nie używaliby zagrożenia rosyjskiego instrumentalnie, gdyby czuli, że jest ono realne, prawda? Niestety nieprawda. Każdy, kto pamięta, co stało się z Siergiejem Skripalem i jego córką w Wielkiej Brytanii, jaki los spotkał Aleksandra Litwinienkę, ba – każdy, kto widział słup dymu nad Warszawą, gdy płonęło Centrum Handlowe Marywilska, powinien mieć świadomość, że Rosja, która jest naszym wrogiem, realnie już tu jest. Nie w retorycznych popisach posłów, ministrów i premierów, ale w działaniach hybrydowych, które są przecież narzędziem z pogranicza sabotażu i wojny. Oczywiście w sprawie Skrepeckiego nie wiemy jeszcze, czy w tle są długie macki Kremla. Ale żyjemy w kraju frontowym, który jest kluczowy dla wsparcia walczącej z Rosją Ukrainy. Byłoby naiwnością taki scenariusz wykluczyć. 

I niech nikogo nie uspokaja myśl, że Rosja nie zdołała złamać Ukrainy, więc można ją zignorować. Upokorzona Rosja może być jeszcze groźniejsza i jeszcze mniej racjonalna. A my, krzycząc z byle powodu „Rosja”, możemy przegapić moment, gdy krzyk ten będzie naprawdę uzasadniony. Dlatego mniej retoryki, a więcej powagi.