Sytuacja dojrzała do wezwania: unikajcie sądów, jeśli tylko możecie. Zmian na lepsze w tym obszarze niestety nie widać, ministerstwo woli wymieniać prezesów sądów, niż coś zrobić z ogólną niewydolnością systemową wymiaru sprawiedliwości, który do prowadzenia procesów ma wyjątkowo nieprzyjazne procedury. A na to nakłada się jeszcze efekt pandemii, przez którą wiele rozpraw odwołano lub odroczono. Jeśli więc jakieś formy negocjacji, mediacji czy arbitrażu mogą doprowadzić do porozumienia – warto z nich skorzystać.

Gorzej, gdy sądu uniknąć się nie da. W tej grupie są konsumenci, którzy spierają się z bankami o udzielone im przed laty kredyty frankowe. Po wyroku TSUE, który wskazał, jak te sprawy mają się w świetle prawa unijnego, chętnych do walki z bankiem o swoje jeszcze przybyło. Efekt łatwy do przewidzenia: w największych sądach w kraju liczba spraw frankowych wzrosła trzykrotnie. A nie są to proste sprawy na jedno sądowe posiedzenie. Przeciwnie, ciągną się latami – szczególnie gdy bank zechce skorzystać ze wszystkich możliwości zyskania na czasie, jakie prawo zakłada, a jest ich wiele.

Czytaj także: 

Sprawy frankowe mogą pogrążyć polskie sądy

Kiedy kredyt zmienia charakter

Nic więc dziwnego, że prezesi sądów wyglądają wsparcia w Ministerstwie Sprawiedliwości, choćby po to, aby powołać „wydziały frankowe", co niestety idzie opornie, choć specjalizacja w sądach jest dobra, bo łatwiej o szybki wyrok u przeszkolonego sędziego, który nie musi skakać z tematu na temat. Problem jednak w tym, że sędziów ciągle brakuje, a ich obecne nominacje, dokonywane z udziałem obecnej KRS, budzą znane wątpliwości.

Tym bardziej więc pożądane, by w sprawie procesów frankowych głos zabrał Sąd Najwyższy, i to nie w jednostkowej sprawie, lecz wydając uchwałę – może nawet całej Izby Cywilnej. To by naprawdę pomogło sądom skrócić kolejkę po sprawiedliwość.