Trybunał Konstytucyjny nie rozstrzygnął w środę kwestii prymatu Konstytucji RP nad prawem UE. Było to do przewidzenia. Rzadko się zdarza, aby w tak kluczowych sprawach wyroki były wydawane szybko. Choć sprawę odroczono zaledwie do 30 września, wątpliwe jest, że zapadnie wtedy rozstrzygnięcie.

Wielu ekspertów zastanawiało się, jakie mogą być konsekwencje niewycofania wniosku do TK przez premiera, wbrew naciskom unijnych komisarzy. Kiedy Mateusz Morawiecki składał ten wniosek w marcu 2021 r., jego intencją było zapewnienie sobie dodatkowego wsparcia do prowadzenia z Brukselą sporu o sądy. W uproszczeniu – orzeczenie o prymacie konstytucji miało dawać możliwość kwestionowania tych orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości UE, które wykraczałyby poza uzgodnienia traktatowe. Rząd obawiał się np. zakwestionowania przez TSUE legalności wybranej przez polityków Krajowej Rady Sądownictwa. Wykonanie takiego orzeczenia wiązałoby się z demontażem większości reform sądowych obecnej ekipy rządzącej.

Czytaj więcej

Julia Przyłębska
Trzecie podejście do sprawy prymatu bez wyroku

Orzeczenie miało być straszakiem, używanym tylko w skrajnych sytuacjach, aby zablokować zapędy Brukseli. Tyle tylko, że od marca wiele się zmieniło. Dotąd spór o sądy toczył się na poziomie dyplomatycznych gier, grożenia palcem i mglistych oświadczeń. Stanowisko UE stopniowo ulegało radykalizacji. Kiedy unijni urzędnicy spostrzegli, że mają w ręku oręż, który może zdyscyplinować Polskę, w postaci groźby zamrożenia funduszy na odbudowę po pandemii, spór zaczął się rozgrywać na zupełnie innej płaszczyźnie. Warszawa przekonała się, że Bruksela zamierza strzelać ostrą amunicją, a groźby utraty miliardów są realne.

Dziś, pół roku od wniosku premiera do TK, trudno stwierdzić, jaką rząd ma strategię w sporze z Unią. Z jednej strony z obozu władzy słyszymy: „ani kroku wstecz", bo Bruksela w sprawie sądów niedopuszczalnie wykracza poza unijne traktaty. Z drugiej zaś mamy deklaracje rządu o zamiarze likwidacji Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego w myśl wyroku TSUE.

Jeżeli Trybunał Konstytucyjny orzeknie o prymacie konstytucji, ograniczy premierowi pole manewru i usztywni polskie stanowisko wobec UE. Trudno będzie wtedy wytłumaczyć, dlaczego np. w sprawie Izby Dyscyplinarnej realizujemy orzeczenie TSUE, a w innej kwestii, np. KRS, już nie.

I jeszcze jedno. To, że Polska ocenia prymat praw, nie jest niczym osobliwym w UE, gdzie od dłuższego czasu narasta opór przeciwko rozszerzaniu kompetencji instytucji unijnych, które wkraczają coraz głębiej na krajowe podwórka. Nie tak dawno paryska rada stanu zastrzegła sobie kontrolę orzeczeń TSUE, jeżeli będą dotykać fundamentalnych dla Francji kwestii. Unijne wyroki kwestionował też niemiecki Trybunał w Karlsruhe. UE to wspólnota państw, która opiera się na ścieraniu się interesów, też systemów prawnych i dialogu.

Szkoda tylko, że w dyskusji o tym, jaka ma być UE – bardziej federalistyczna czy narodowa – udział Polski został zredukowany do sporu o sądy. Przestajemy być podmiotem w tej dyskusji, a zaczynamy być jedynie stroną dyscyplinowaną sankcjami. Sami odbieramy sobie głos.

Dobrze, że wyrok TK w środę nie zapadł. Ognisk zapalnych w relacjach z Unią mamy coraz więcej, przyszedł czas na ich gaszenie, a nie tworzenie nowych. Emocje czas zastąpić pragmatyzmem.