Minęły cztery lata od objęcia teki przez obecnego ministra sprawiedliwości, który zapowiadał reformę sądownictwa, dzięki której „Polacy mieli nie czekać na sprawiedliwość w sądach latami". Jaki efekt przynoszą reformy, widać nie tylko z sali sądowej, ale też z twardych danych opublikowanych przez ministerstwo.

Nie twierdzę, że cztery lata temu było bardzo dobrze, jednak – i mówię to jako adwokat, praktyk – było lepiej niż teraz. Widzą to też obywatele, którzy nierzadko z dochodzenia praw w sądzie rezygnują, właśnie z powodu długiego oczekiwania na wyrok.

Czytaj także: Jacek Trela: Rola adwokatury na dziś

Jaki był średni czas postępowań w pierwszej instancji w sądach rejonowych i okręgowych w 2019 r.? Opublikowane przez MS dane warto porównać z poprzednimi latami. Władysław Kopaliński w książce „Mój przyjaciel Idzi" mówił, że zjawiska statystyczne są jak ruch wskazówki godzinowej zegara: zdają się stać w miejscu i trzeba odwrócić wzrok od wskazówki, aby po pewnym czasie zauważyć, że jednak się przesuwa.

W 2015 r. na rozpoznanie sprawy w pierwszej instancji czekało się 4,2 miesiąca, w 2016 r. 4,7 miesiąca, w 2019 r. już 5,7 miesiąca. Doszło do wydłużenia statystycznego czasu rozpoznania sprawy o 1,5 miesiąca, czyli o ponad jedną trzecią. Statystyka pokazuje także dane z rozbiciem na kategorie spraw i tu najgorzej przedstawia się sytuacja w sprawach gospodarczych, w których na wyrok w 2019 r. trzeba było czekać aż 7,1 miesiąca, podczas gdy w 2015 r. czas oczekiwania wynosił 4,6 miesiąca.

Rok 2020 pomijam w rozważaniach, bo jest oczywiście niereprezentatywny z powodu pandemii i jej wpływu na pracę sądów. Średni czas oczekiwania na rozpoznanie sprawy w pierwszej instancji w 2020 r. wydłużył się do 6,9 miesiąca. Ale, paradoksalnie, czas pandemii ministerstwo zdaje się wykorzystywać do poprawy statystyk. Wprowadzane są bowiem zmiany przepisów umożliwiające rozpoznawanie spraw na posiedzeniach niejawnych, czyli bez rozprawy i udziału w niej zainteresowanych. Obywatel nie może nawet liczyć na rozprawę zdalną, jeśli w sądzie nie ma możliwości technicznych do jej prowadzenia. Prawda, jak łatwo ograniczyć prawo do sądu?

Czy wysokie opłaty sądowe ponoszone przez obywateli nie powinny być przeznaczane na wsparcie sądów w takich sytuacjach? A skoro takie posiedzenia niejawne zamiast rozpraw miałyby się odbywać jeszcze rok po zakończeniu pandemii, to czy na pewno chodzi tylko o zdrowie obywateli, czy może o poprawę statystyki?

Przedstawione dane obnażają nieefektywność zapowiadanej w 2015 r. i wprowadzanej „reformy" sądownictwa. Wymiana prezesów sądów w 2017 r. i inne organizacyjno-personalne zmiany nic nie dały. Przeciwnie, sytuacja w sądach z punktu widzenia interesów obywateli i ich prawa do sądu, rozumianego także jako prawo do rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki (art. 45 ust. 1 konstytucji), znacznie się pogorszyła. Ministerstwo stara się zrzucić winę na „opór środowiska sędziowskiego". Jako adwokat od wielu lat występujący w sądach, obserwuję pracę sędziów i widzę, że w znakomitej większości wykonują swoje powinności z najwyższą starannością. Ich „opór" dotyczy jedynie ograniczania niezależności sądów i pozostaje bez wpływu na jakość pracy.

Dostrzegam u sędziów wzrost poczucia ich związku ze społeczeństwem obywatelskim, z ludźmi w ogóle, co przekłada się pozytywnie na pojmowanie misji sprawowania wymiaru sprawiedliwości. Głośna sprawa odszkodowania dla Tomasza Komendy jest świetnym przykładem podejścia sędziowskiego do rozstrzygania spraw, a nie wyłącznie do orzekania.

Gdzie szukać przyczyn pogarszających się statystyk? W latach 2016–2017 ministerstwo zamroziło kilkaset etatów dla nowych sędziów. Odmrożono je w 2018 r., kiedy konkursy sędziowskie prowadzone były już przez nową KRS, wybieraną przez polityków. Także nowy system losowego przydziału spraw sędziom, jak wykazała kontrola NIK, działał nieprawidłowo, co prowadziło do nierównomiernego rozdziału spraw. Podam przykład ze swojej praktyki zawodowej: ów „ślepy" los zrządził, że w sprawie karnej, będącej w szczególnym zainteresowaniu prokuratury z uwagi na kontekst środowiska LGBT, wylosowany został do jej prowadzenia asesor, czyli osoba potencjalnie oczekująca na nominację sędziowską. W całym wydziale tego sądu jest kilkunastu sędziów z wieloletnią praktyką, ale system losowy wskazał na asesora. Takie sytuacje nie budują autorytetu wymiaru sprawiedliwości.

Minęły cztery lata działań zwanych reformą sądownictwa. Przedstawione dane statystyczne uzmysławiać muszą, jak bardzo przeciwskuteczne były i są te działania. Ale nie przedstawiają one pełnego obrazu tak zwanej reformy wymiaru sprawiedliwości. Uzupełniają go działania wobec sędziów, które grożą destrukcją państwa prawa w Polsce, w tym ataki na niektórych sędziów Sądu Najwyższego i zawieszonych przez Izbę Dyscyplinarną w SN sędziów: Igora Tuleyę, Beatę Morawiec i Pawła Juszczyszyna.

Sędziom grozi się zarzutami karnymi i wykorzystaniem środków przymusu za próby stosowania prawa Unii i orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości. Wykonawcami tych działań są powołani przez ministra sprawiedliwości rzecznicy dyscyplinarni sędziów, prokuratorzy podlegający ministrowi, prokuratorowi generalnemu oraz członkowie Izby Dyscyplinarnej powołani niezgodnie z prawem do Sądu Najwyższego.

Te działania wobec sędziów, w tym nieudolne, choć na pewno przemyślane próby uchylenia immunitetu i postawienia zarzutów wobec sędziów SN, będą wywierać skutki daleko bardziej dolegliwe niż pogorszenie danych statystycznych. One podważają autorytet organów państwa i prowadzą do zepsucia życia społecznego. Podkreślić trzeba swego rodzaju premedytację w wyborze sędziów umieszczonych na celowniku prokuratury, w tym sędziego Włodzimierza Wróbla, którego kilkunastominutowa mowa na ubiegłorocznym Zgromadzeniu Sędziów Sądu Najwyższego powinna być obowiązkowym wykładem dla prawników o niezależności sądów i niezawisłości sędziowskiej.

Autor jest adwokatem.