Z tą łagodniejszą formą krytyki trudno się nie zgodzić. Podstawowe korzyści ze Wspólnoty to swobodny przepływ osób, towarów, usług i kapitału. Ale korzyści te stały się standardem w całym zachodnim świecie. Nie ma tu wielkiej różnicy między krajami Unii a Norwegią, Szwajcarią czy Islandią.

Natomiast podejmowanie decyzji korzystnych dla Unii jako całości wymaga albo stworzenia ponadpaństwowej struktury decyzyjnej (na co się nie zanosi i długo jeszcze zanosić nie będzie), albo opierania przez państwa ich polityki na wartościach tak silnych, że warto dla nich zrezygnować z części własnych korzyści. O to drugie też jednak trudno.

Wydawało się, że wkroczyliśmy, przynajmniej w świecie szeroko rozumianej cywilizacji europejskiej, w czas bez wielkich konfliktów, bez żądań zmiany granic i niebezpieczeństwa wojny. W tej sytuacji jakieś niepewne korzyści w przyszłości musiały przegrywać z ryzykiem straty bieżącej. Członkowie Unii ciągnęli czerwone sukno każdy w swoją stronę, nie powstrzymując się przy tym (vide państwa dotknięte kryzysem fiskalnym) od omijania przyjętych reguł i fałszowania informacji.

Bardzo możliwe, że jesteśmy w przededniu zmiany tego egoistycznego pojmowania wspólnej polityki. Zawdzięczamy to Putinowi. Jego interwencja na Krymie i agresywna polityka wobec Ukrainy (Mołdawii, Gruzji, Łotwy...) uświadomiła wszystkim, że Europa nie jest domem raz na zawsze wygodnie urządzonym. Sprawiła także, że kraje Unii w zasadniczej kwestii potrafiły zdobyć się na wspólne potępienie i nawet – skromne, bo skromne, ale jednak – wspólne działanie.

Jest więc szansa na wykonanie następnego milowego kroku. Chodzi o wprowadzenie wspólnej polityki energetycznej, która czyniłaby Unię Europejską odporną na naciski ze strony Rosji. Bardzo się cieszę, że to Polska wyszła z inicjatywą takiej europejskiej unii energetycznej. Mam nadzieję, że spotka się ona z poparciem większości członków Wspólnoty i że nie będzie protestów o sile votum separatum. Żadnej ze stron nie grożą bowiem niewyobrażalne straty, a państwa uzależnione od rosyjskiego eksportu mogą odnieść wymierne korzyści.

Dlatego trzeba gorąco popierać: budowę mechanizmu solidarności na wypadek przerwania dostaw gazu; zwiększenie finansowania instalacji umożliwiających solidarność energetyczną; politykę wspólnych zakupów energii; rehabilitację węgla jako pełnoprawnego źródła energii; poszukiwania gazu łupkowego; negocjacje w sprawie szybkiego importu gazu skroplonego, zwłaszcza z USA.

Nie są to propozycje nowe. Są zgłaszane od ładnych paru lat. Do tej pory rozbijały się jednak o różnice w partykularnych interesach. Skutecznie zagłuszało je też hałaśliwe lobby ekologiczno-klimatyczne. Teraz te antyenergetyczne racje w zestawieniu z ujawnionym w ostatnim czasie niebezpieczeństwem mają dużo mniejszą siłę przebicia. Dlatego dziś optymizm dotyczący wspólnej polityki energetycznej może być większy. Europa ma szansę pokazać, że jest rzeczywistą wspólnotą, a nie tylko klubem towarzyskim polityków, świetnym miejscem pracy dla administracji i funduszem emerytalnym dla upadłych europosłów.