„Rzeczpospolita”: 22 lutego we Lwowie, 23 lutego w Dnieprze i około północy 24 lutego w Moskwie doszło do trzech zamachów. Ich wspólnym elementem jest atak na policję. We Lwowie, na miejscu innej eksplozji, w kolejnym wybuchu improwizowanego ładunku zginęła 23-letnia policjantka, pożegnana przez ukraińską policję bardzo emocjonalnym wpisem. W Dnieprze również improwizowany ładunek eksplodował na posterunku policji, tu na szczęście nikt nie ucierpiał. W Moskwie z kolei, około północy, zamachowiec zdetonował ładunek wybuchowy przy radiowozie policji drogowej. Władze – zarówno ukraińskie, jak i rosyjskie – określiły te zdarzenia jako terrorystyczne. Czy wszystkie można traktować jako element wojny hybrydowej?
Maciej Milczanowski: To pojęcie się bardzo zmienia. Kiedyś mówiliśmy dużo o terroryzmie i wtedy wszystkie takie wydarzenia podciągnęlibyśmy pod terroryzm. W definicji terroryzmu uwzględnia się zawsze działania asymetryczne – w sensie sprawcy. Często, jeżeli państwa prowadziły takie działania, nie określano ich terroryzmem, tylko właśnie wojną hybrydową. To się teraz zaciera, bo też pojęcie wojny hybrydowej się bardzo rozszerzyło. Dzisiaj nie możemy już mówić o wojnie hybrydowej tylko przywołując przykłady „zielonych ludzików” na Krymie czy w Donbasie.
Teraz to są działania psychologiczne, działania informacyjne, działania dywersyjne. To ukraińskie uderzenie, znane jako Operacja Pajęczyna – Rosjanie też uznali za
działania terrorystyczne. Wojna hybrydowa bardzo zmieniła swój zakres, zwiększyła się pojemność znaczeniowa tego pojęcia. W warstwie propagandowej natomiast
obie strony będą przeciwnika wskazywać jako terrorystę. Zastrzegę tylko, że nie równoważę tu obu stron, jasne jest, że to Rosja napadła na Ukrainę, ale w takich pojedynczych działaniach obie strony, co zrozumiałe, będą wskazywać na niemoralne działania przeciwnika. To zrozumiałe.
Czytaj więcej
„Akt dywersji”, „sabotaż”, „rosyjski ślad” – takie określenia towarzyszą dywersji na kolei, do kt...
Pojawiło się ostatnio takie określenie „terroryzm państwowy”.
– Ono zawsze było, tyle tylko, że nie było przyjmowane przez te największe państwa. Państwa zawsze posługiwały się metodami terrorystycznymi. Dotyczy to takich graczy jak CIA czy Mossad. Wynajmowanie grup związanych z Al-Kaidą, żeby dokonały zamachu w Iranie, to przecież czysty terroryzm. Ale robiono to bez mrugnięcia okiem i mówiono, że to jest element wojny – teraz mówimy już: hybrydowej. Więc chyba zawsze tak było, że państwa odrzucały oskarżenia o terroryzm, bo państwo
nie posługuje się terroryzmem. Stąd były problemy z definicją terroryzmu, a potem wojny hybrydowej. Państwa, wiedząc, że tak to robią, broniły się przed użyciem takiego pojęcia.
Jaki cel mogą mieć takie zamachy w momencie, w którym toczy się przecież pełnoskalowa wojna? Nie chodzi przecież o zmniejszenie siły militarnej przeciwnika.
– Oczywiście. Tu jest największa różnica między Rosją a Ukrainą. Rosja prowadzi takie działania również poza granicami. Pamiętamy uderzenia w centra handlowe, jakieś śmietniska w Polsce czy zajezdnie autobusowe. Takie działania też wydają się absurdalne, ale to chodzi o sprawdzanie reakcji państwa, o jego politykę informacyjną, o sprawdzanie odporności drugiej strony, dezorganizację wewnętrzną, osłabianie zaufania do władz. Natomiast Ukraińcy nie mają interesu w takich uderzeniach. Takie akty, które Rosja nazywała terroryzmem, zamachy czy podkładanie bomb – raczej dotyczyły wysokich rangą wojskowych niż jakichś szeregowych policjantów.