Od trzech dni prawicowe media rozkręcają „aferę” dotyczącą nagrania rozmowy Donalda Tuska i Romana Giertycha sprzed sześciu lat. Jeśli autorzy „ujawniający” tę „aferę”, uważają, że największym skandalem jest to, że Tusk szydzi, że on, Niemiec, musi poprawiać Giertycha, jak się poprawnie mówi po polsku, to mam wrażenie, że zawracają swoim odbiorcom głowę.
Bo znacznie ciekawsze byłoby się dowiedzieć, jak mogła wyglądać nie jakaś archiwalna rozmowa, ale wymiana zdań między premierem a mecenasem w sprawie wyniku wyborów prezydenckich.