Włos się jeży podczas lektury najnowszego raportu Najwyższej Izby Kontroli dotyczącego systemu sprawdzania prac maturalnych. Skąd tak surowa ocena? Kilka danych: co piąty egzaminator popełnił błędy, a co drugi wniosek o weryfikację kończył się koniecznością zmiany świadectwa dojrzałości – w Poznaniu było to nawet 40 proc. takich prac.

Reklama
Reklama

Co więcej, w 52 proc. weryfikowanych na wniosek maturzystów prac zdecydowano o podwyższeniu punktacji o co najmniej 20 punktów. Najczęściej z języka polskiego, biologii i chemii. Oznaczało to zmianę ostatecznego wyniku nawet o 50 pkt proc. W praktyce mogło zdecydować nie tylko o tym, czy ktoś dostał się na wymarzoną uczelnię, ale czy w ogóle maturę zdał.

NIK o maturach: jedna osoba decyduje o całym wyniku egzaminu

Egzamin maturalny to egzamin zewnętrzny – sprawdzany nie przez nauczycieli ze szkół, gdzie maturę pisano, ale przez przeszkolonych i wynagradzanych egzaminatorów (w 2024 r. wydano na ten cel ponad 105 mln zł). To podobno ma czynić ten egzamin obiektywnym i rzetelnym, choć 90 proc. prac sprawdzanych jest tylko przez jedną osobę. Na wychwycenie błędów wynikających np. ze zmęczenia egzaminatora nie ma więc szans.

Czy ten raport jest zaskoczeniem? Nie powinien być, bo o błędach w ocenianiu i wadliwości samego systemu egzaminacyjnego nauczyciele mówią od lat. Znajoma polonistka opowiadała mi, że miała w tym roku dwie maturalne klasy – jedną słabą, drugą bardzo dobrą. I wyniki były o wiele lepsze właśnie w tej słabej. I to nie u jednej czy dwóch osób, ale w przypadku niemal całej klasy – co jej zdaniem musi świadczyć po prostu o życzliwym oku egzaminatora (albo o surowym w klasie równorzędnej).

Egzamin maturalny: nierzetelna ocena może przekreślić plany na przyszłość

Pewnie, każdy ze zdających ma prawo wglądu do swojej pracy i wniosku o ponowną weryfikację egzaminu dojrzałości. To dodatkowa forma zarobku dla egzaminatorów, którzy za pieniądze ponownie pracę sprawdzają i piszą odwołania.

Foto: rp.pl/Weronika Porębska

Ale rozpatrzenie takiego wniosku trwa, więc podwyższony wynik nadchodzi już po rekrutacji na uczelnię. W przypadku bardziej obleganych kierunków pozostaje maturzyście po prostu czekać do przyszłego roku. Czy coś takiego i na taką skalę powinno w ogóle mieć miejsce?