Trudno pogodzić się z myślą, że Mateusz Morawiecki czytał program Marine Le Pen, zanim przyjął ją w grudniu w Warszawie z honorami głowy państwa i zanim tuż przed pierwszą turą wyborów prezydenckich zaatakował jej oponenta, Emmanuela Macrona. To prowadziłoby do wniosku, że na czele rządu stoi polityk, który nie w pełni rozumie, gdzie leżą fundamentalne interesy naszego kraju.
Zwycięstwo Le Pen oznaczałoby potężny, być może decydujący cios dla instytucji Zachodu, które zapewniły bezpieczeństwo i dobrobyt Polski w ostatnim pokoleniu.