Na unijnym szczycie po raz pierwszy w historii odbyła się dyskusja o łamaniu praworządności. Może trudno w to uwierzyć, ale spór, który od lat definiuje pozycję Polski w UE, nigdy nie był przedmiotem rozważań na najwyższym szczeblu. Zawsze spychano go do quasi-technicznych rozważań na poziomie Komisji Europejskiej czy dyplomatycznych przepychanek w gronie ministrów ds. europejskich. Premierzy i prezydenci nie lubią wytykać się nawzajem palcami. Każdy z nich ma swoją bazę wyborczą, każdy rozumie ograniczenia innych, nawet te wynikające ze skomplikowanych układów koalicyjnych.

To, że spór o praworządność zawędrował w końcu tak wysoko, świadczy więc o powadze sytuacji. To uderza w serce UE, podważa fundamenty funkcjonowania Unii – słychać było z ust polityków po wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który uznał konkretne artykuły traktatu UE za niezgodne z prawem, a przede wszystkim obliguje polski rząd do niewykonywania wyroków Trybunału Sprawiedliwości UE. Premier Morawiecki sprytnie próbował ukierunkować tę dyskusję na ogólne rozważania o granicach kompetencji UE, w tym TSUE, wiedząc, że Polska nie jest pierwszym krajem, w którym najwyższy organ sądowy nie zgadzał się z konkretnym wyrokiem luksemburskiego Trybunału. Ale nie udało mu się, bo takich debat o suwerenności prawnej przywódcy nie chcieli. Ich interesuje tylko, czy w przyszłości Polska będzie wykonywać wyroki TSUE, czy nie. Chodzi o konkrety: prawa firm i obywateli UE w zakresie prawa unijnego muszą być chronione w ten sam sposób na terenie całej Wspólnoty. W przypadku Polski takiej pewności nie ma. W tym sensie Morawiecki poniósł porażkę, bo nie przekonał nikogo, że sytuacja w Polsce jest podobna do prawniczych debat w innych państwach.

Czytaj więcej

Wiele komentarzy wywołało to zdjęcie, które Marine Le Pen opublikowała po spotkaniu z premierem Mate
Polska wprowadza Marine Le Pen na salony. Morawiecki był pierwszy

Ale taka dyskusja, mimo że kłopotliwa dla polskiego premiera, przyniosła jednak pewne rozjaśnienie sytuacji. Mianowicie w UE nie ma większości dla karania Polski za łamanie praworządności. To nie znaczy, że Polska nie zapłaci, jeśli nie wykona wyroków TSUE. Wszystko wskazuje na to, że na razie będą wstrzymane pieniądze z Krajowego Planu Odbudowy, przynajmniej dopóki rząd nie da gwarancji likwidacji Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego i przywrócenia do orzekania ukaranych przez nią sędziów.

Ale to konkretna sytuacja i konkretne wyroki. Znacznie trudniej będzie jednak z mechanizmem warunkowości, w którym trzeba by wykazać, jakie konkretne szkody finansowe Unia mogłaby ponieść w wyniku przypadków łamania praworządności. A już na pewno nikt nie jest zainteresowany karaniem Polski za to, że TK orzekł o wyższości prawa polskiego nad unijnym. Przez opozycję, wielu ekspertów czy eurodeputowanych zostało to uznane za przekroczenie czerwonej linii, które wymaga od Polski deklaracji, czy chce pozostać w UE, czy z niej wyjść. Ale dla innych przywódców UE ma to znaczenie tylko wtedy, gdy Polska nie wykona wyroków TSUE. Jeśli się do nich dostosuje, nawet pokazując inne motywacje niż uznanie prymatu prawa UE, to wszyscy chętnie zakończą niewygodną dyskusję na ten temat.