Rz: Regulamin powstał teraz, choć prace nad nim trwały kilka lat. Miały na to wpływ decyzje, jakie zapadały na szczeblu europejskim. Jakie?

Maciej Hoffman: W tym czasie ETS wydał wyrok, w którym zostało powiedziane, że wolno linkować dany materiał, jeżeli został zamieszczony w tzw. wolnym internecie. Trybunał stwierdził, że można to uznać za zgodę wydawcy lub twórcy na linkowanie. To zapis dla wydawców niekorzystny i w naszym regulaminie chodzi o stworzenie mechanizmu wykluczającego coś takiego jak „otwarty internet". On rzeczywiście jest dostępny dla każdego, ale to nie oznacza, że już pierwsze zamieszczenie tekstu na stronie WWW czyni go w pełni dostępnym.

Co powinno się zmienić w polskim ustawodawstwie, by prawa wydawców nie były nadużywane?

Ustalenia wymaga definicja wydawcy jako producenta bazy danych. W 1996 r. doc. Tadeusz Kononiuk na łamach jednego z czasopism opublikował wykładnię, z której wynikało, że producent to wydawca. Wszyscy o tym jednak jakby zapomnieli. Dopominamy się, by taka wykładnię przyjąć, zwłaszcza że wydawca działa dziś w internecie, czyli jest producentem treści multimedialnych. To ważne, bo niektóre firmy monitorujące media kwestionują to, czy wydawcy mogą np. założyć organizację zbiorowego zarządzania.

Spodziewa się pan jakichś istotnych dla wydawców zmian przed wyborami parlamentarnymi?

Przypuszczam, że poza zaimplementowaniem dyrektyw nic się nie wydarzy. Zbyt duża jest rozbieżność stanowisk użytkowników, twórców treści i organizacji, które chcą na takiej działalności zarabiać. My chcemy doprecyzować prawo i zawęzić dozwolony użytek. Obowiązujące prawo autorskie i prasowe powstało, kiedy nie było internetu. Wtedy dozwolony użytek nikogo nie bolał, bo gazeta ukazywała się rano, a telewizja nadawała bieg niektórym tematom wieczorem. Dziś informacje pojawiają się w wielu mediach równocześnie i najpierw czyta się je w internecie, wskutek czego spadają nam nakłady.

—rozmawiała Magdalena Lemańska