fbTrack

Świat

Raoul Wallenberg, ofiara NKWD

Szwecja uczciła stulecie urodzin Wallenberga serią znaczków pocztowych
Uważam Rze
100 lat temu, 4 sierpnia 1912 roku, urodził się Raoul Wallenberg, szwedzki dyplomata, który uratował kilkadziesiąt tysięcy Żydów. Uprowadzili go i zamordowali Sowieci. Moskwa odmawia wyjaśnienia sprawy
Tekst z archiwum tygodnika "Uważam Rze"
Lato 1944 r. Na jednym z węgierskich dworców stoi pociąg towarowy, który ma zaraz odjechać w stronę granicy ze Słowacją. Pociąg składa się z kilkudziesięciu wagonów bydlęcych. W środku, zamiast krów, znajdują się jednak ludzie. Mężczyźni, starcy, kobiety i dzieci. Niemiłosiernie stłoczeni, pozbawieni wody i pożywienia. To węgierscy Żydzi, którzy mają zostać deportowani do Auschwitz. Ludzie ci nie mają już żadnej nadziei. Wiedzą, że jadą na śmierć, że po przybyciu do obozu trafią prosto do komór gazowych. Nagle w pobliżu pociągu pojawia się mężczyzna w garniturze i w kapeluszu. Wymachuje dyplomatycznym paszportem i przepycha się bezceremonialnie między zdumionymi SS-manami. Wskakuje na stalową drabinkę, wspina się na dach wagonu i zaczyna wkładać jakieś papiery w wyciągnięte przez zakratowane okienka ręce.
Jeden z węgierskich strażników – bojówkarz radykalnego ruchu strzałkokrzyżowców – krzyczy na mężczyznę, żeby natychmiast schodził na dół. Potem oddaje kilka strzałów ostrzegawczych nad jego głową. Mężczyzna jednak całkowicie go ignoruje i spokojnie rozdaje dokumenty Żydom. Dopiero gdy przekazuje ostatni, zeskakuje na rampę. Zdejmuje kapelusz i ociera pot z czoła. – Nazywam się Raoul Wallenberg – oświadcza zaskoczonemu niemieckiemu dowódcy. – Jestem sekretarzem Ambasady Szwecji w Budapeszcie. W tym pociągu znajdują się obywatele mojego kraju, posiadający ważne paszporty. Żądam ich natychmiastowego zwolnienia. W tym momencie pod pociąg podjeżdża konwój samochodów ze szwedzkimi znakami rozpoznawczymi. Niemcy są wściekli, ale nie mogą nic zrobić. Przepisy są dla nich najważniejsze. Żydzi – świeżo upieczeni szwedzcy obywatele – pokazują swoim niedoszłym oprawcom paszporty i opuszczają pociąg. Następnie udają się do podstawionych samochodów i odjeżdżają wraz z dyplomatą.

Trupy w Dunaju

To tylko jedna z wielu brawurowych akcji Raoula Wallenberga, szwedzkiego dyplomaty, który w 1944 r. uratował kilkadziesiąt tysięcy Żydów z Budapesztu. Przez pół roku, jakie spędził w okupowanym przez Niemców mieście – na Węgry przybył w lipcu – toczył nieustającą walkę o ludzkie życie. Aż trudno uwierzyć, że jeden człowiek mógł dokonać czegoś takiego. Wykazać tyle determinacji, silnej woli i przede wszystkim odwagi. Wallenberg ryzykował bowiem wszystko. Oficjalnie – pod samym nosem Gestapo – wyrabiał na masową skalę szwedzkie paszporty ludziom, którzy nie tylko nie mówili słowa po szwedzku, ale często nie mieli zielonego pojęcia, gdzie Szwecja się w ogóle znajduje. Wyciągał ludzi z więzienia i getta, zatrzymywał transporty do Auschwitz. Osobiście wyławiał z Dunaju rannych Żydów, którzy przeżyli przeprowadzane na brzegu rzeki egzekucje. Wallenberg działał z ramienia swojego rządu, ale przede wszystkim z ramienia amerykańskiej Rady ds. Uchodźców Wojennych, która zaopatrzyła go w pokaźne fundusze. Jedną z jego głównych form działalności było więc korumpowanie Niemców i Węgrów. Wręczał łapówki wszystkim. Począwszy od zwykłych strażników na kolejowych rampach i w więzieniach, gestapowców, urzędników i strzałkokrzyżowców, na samym Adolfie Eichmannie skończywszy. Wszystko, aby uratować jak najwięcej ludzi. W Budapeszcie wynajął między innymi 32 budynki, w których umieścił blisko 10 tys. spośród uratowanych przez siebie Żydów. Domy te ogłosił „przestrzenią eksterytorialną", chronioną przez immunitet dyplomatyczny. Powiesił na nich olbrzymie niebieskie flagi z żółtym krzyżem i tablice w stylu: „Biblioteka Szwedzka" czy „Szwedzki Instytut Badawczy". W szczytowym okresie w kierowanej przez Wallenberga akcji ratowania Żydów brało udział 350 pracowników. Gdy do miasta zbliżała się już Armia Czerwona, za pomocą perswazji – oraz grubych łapówek – przekonał Niemców, żeby nie wysadzali getta z pozostałymi w nim 70 tys. mieszkańców. To podobno pod jego wpływem Niemcy zrezygnowali również z pomysłu wypędzenia z Budapesztu wszystkich Żydów w wielkim Marszu Śmierci na Zachód. Miał on wówczas straszyć oprawców, że jeżeli go nie posłuchają, to po zakończeniu wojny oskarży ich o dokonanie zbrodni wojennych. Nic dziwnego, że Wallenberg był wręcz znienawidzony przez strzałkokrzyżowców, SS i Gestapo. W efekcie, z powodu obawy przed zamachem, każdą noc przesypiał w innym budynku. Paradoksalnie to jednak nie Niemcy zgubili szwedzkiego dyplomatę, ale nadchodzący ze Wschodu „wyzwoliciele". Gdy w styczniu 1945 r. oddziały Armii Czerwonej wdarły się do Budapesztu, Raoul Wallenberg – z powodu charakterystycznej dla człowieka Zachodu naiwności i nieznajomości natury komunizmu – natychmiast zgłosił się do bolszewickiego komendanta. Chciał z nim... omówić formy współpracy i opieki nad ocalonymi przez niego Żydami. Oczywiście od razu aresztowało go NKWD. Podobno został ciężko pobity i poddany wstępnemu śledztwu jeszcze na miejscu, w Budapeszcie. Potem przetransportowano go do Moskwy, gdzie został osadzony na Łubiance w celi numer 123. Gdy Sztokholm zaczął się niepokoić zniknięciem swojego dyplomaty, rząd sowiecki poinformował, że „pan Wallenberg znajduje się pod jego opieką i jego życiu nie zagraża żadne niebezpieczeństwo".

Łagier, psychuszka czy kula

Po kilku miesiącach ogłosił jednak, że Wallenberg został zamordowany na Węgrzech jeszcze przed nawiązaniem kontaktu z Sowietami. Prawdopodobnie przez Niemców lub „węgierskich faszystów". Po upływie kilku kolejnych miesięcy bolszewicy oświadczyli zaś, że w ogóle nie wiedzą, kim jest Wallenberg, i nie mają pojęcia, co się z nim stało. Rząd szwedzki zachował się wówczas haniebnie i więcej nie drążył tematu, aby nie narażać się komunistycznemu supermocarstwu. Ojczyzna machnęła na Wallenberga ręką. Szef ONZ powiedział zaś, że nie będzie dla jednego dyplomaty wywoływał III wojny światowej. Przez wiele lat sprawę drążyły właściwie tylko rodzina Wallenberga, która była przekonana, że dyplomata cały czas żyje, oraz wdzięczne mu organizacje żydowskie. Wallenberg otrzymał nie tylko medal Sprawiedliwego wśród Narodów Świata, ale jest także honorowym obywatelem Izraela. W kraju tym jego imię nosi co najmniej pięć ulic. Dopiero w 1957 r., za rządów Nikity Chruszczowa, Moskwa przyznała, że Wallenberg został porwany przez NKWD i znajdował się w jego rękach. Zapewniła jednak, że umarł na zawał serca na Łubiance w lipcu 1947 r. Następnie – bez dokonania sekcji zwłok (w warunkach sowieckich rzecz nie do pomyślenia) – miano spopielić jego zwłoki w więziennym krematorium. Nikt jednak naturalnie w to nie uwierzył. Wallenberg (rocznik 1912) cieszył się bowiem znakomitym zdrowiem. Poza tym wiele osób opowiadało, że widziało Szweda w łagrach długo po podanym przez Sowietów terminie zgonu. Według tych relacji Wallenberg miał zostać przewieziony do obozu koncentracyjnego w pobliżu Workuty. Według innej wersji trzymano go w psychuszce, według jeszcze innej – był więźniem numer 040812 w tajnym Centrum Naukowo-Badawczym na wschód od Bajkału. Kolejna hipoteza mówi o tym, że dyplomata wegetował przez kilkadziesiąt lat w całkowitym odosobnieniu w celi dla prominentnych osadzonych na Łubiance. Miał żyć jeszcze w listopadzie 1987 r. Inni świadkowie i „dobrze poinformowani eksperci" twierdzili zaś, że został zamordowany strzałem w tył głowy. Z kolei były oficer NKWD Paweł Sudopłatow napisał w swoich wspomnieniach, że Wallenberga otruto na osobisty rozkaz Stalina, ponieważ odmówił współpracy z tajną policją sowiecką i stał się dla Moskwy niewygodny.

Moskwa mataczy

Ostatnio pojawiły się kolejne informacje podważające sowiecką wersję wydarzeń. W wywiadzie udzielonym agencji AP główny archiwista FSB gen. Wasilij Christoforow przyznał, że dyplomacie „ktoś pomógł" umrzeć, a data zgonu została sfabrykowana. Rosjanin co prawda szybko się zreflektował i zastrzegł, że Wallenberg „mógł żyć najwyżej kilka dni dłużej", ale nie ma już żadnych wątpliwości, że Moskwa w tej sprawie przez kilkadziesiąt lat mataczyła. Potwierdzili to archiwiści z rosyjsko-szwedzkiego zespołu, który starał się rozwikłać zagadkę w 1991 r. zaraz po upadku Związku Sowieckiego. Gdy w moskiewskich archiwach odnaleźli kluczowe dokumenty – m.in. protokoły z przesłuchań Raoula Wallenberga prowadzonych po dacie jego oficjalnej śmierci – KGB natychmiast zamknęło im dostęp do teczek. Mnożyło również rozmaite inne przeszkody paraliżujące śledztwo. Czołowy rosyjski archiwista z tamtych lat Anatolij Prokopenko opowiedział niedawno mediom, jak w 1991 r. znalazł teczkę mieszkającego podczas wojny w Budapeszcie białego rosyjskiego emigranta – hrabiego Michaiła Tołstoja-Kutuzowa. Był to bliski współpracownik Wallenberga, który w rzeczywistości był sowieckim agentem. Arystokrata śledził każdy jego krok na polecenie NKWD i wysyłał na ten temat raporty do Moskwy. Natychmiast po tym, gdy Prokopenko znalazł dossier Tołstoja-Kutuzowa,  zabrało je KGB. Wszystkie kluczowe dokumenty zostały z niego usunięte i utajnione. Prokopenkę wkrótce zaś wyrzucono z pracy. Jak stwierdził, moskiewskie służby specjalne uznały sprawę Wallenberga za tak kompromitującą, że zacierały jej ślady jeszcze w latach 90. I zacierają je zresztą do dziś. – Nie ma wątpliwości, że odpowiedź na to, co się stało z Wallenbergiem, znajduje się w moskiewskich archiwach – powiedział prof. Israel Gutman, izraelski historyk z instytutu Yad Vashem, który uhonorował dyplomatę tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. – Szwedzcy śledczy nie będą w stanie niczego wyjaśnić, jeżeli Moskwa nie dopuści ich do swoich sekretów. To jest zaś bardzo mało prawdopodobne – dodał.

Trop prowadzi do Katynia

Kluczowe jest jednak pytanie, dlaczego Sowieci porwali i prawdopodobnie zamordowali Wallenberga? Według większości badaczy, NKWD wiedziało o jego kontaktach z Waszyngtonem i uznało go po prostu za „niebezpiecznego amerykańskiego szpiega". Inna teoria wskazuje jednak na polski wątek, który miał się stać decydujący i przypieczętować los dzielnego Szweda. Według niej dyplomata musiał zginąć, gdyż wiedział zbyt wiele o zbrodni katyńskiej. Miał bowiem wgląd w materiał dowodowy węgierskiego lekarza prof. Ferenca Orsósa, który w 1943 r. badał sowiecki mord na polskich oficerach w składzie Międzynarodowej Komisji Lekarskiej. Między innymi przeprowadzał w Katyniu sekcje zwłok. Orsós, który był prezesem Węgierskiej Izby Lekarskiej, przesłał następnie do Budapesztu obszerną dokumentację zbrodni, a nawet czaszkę jednego z Polaków z dziurą po bolszewickiej kuli. Gdy Sowieci zajęli miasto, materiały te zostały oczywiście natychmiast zarekwirowane, a za Ferencem Orsósem wysłano w pogoń specjalne komando egzekutorów z NKWD. Udało mu się jednak schronić w Europie Zachodniej. Sowieci postanowili wyeliminować wszystkich, którzy znali wyniki jego badań. Na czele z Wallenbergiem, który był dobrym znajomym węgierskiego profesora. Maj 2012
Źródło: Uważam Rze

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL