fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Nergal Biblię podarł naprawdę

Aleksander Nalaskowski
Fotorzepa, Marcin Łobaczewski MŁ Marcin Łobaczewski
Ciekaw jestem, co po koncercie Behemotha obsługa klubu zrobiła z podartymi kawałkami Biblii – zastanawia się publicysta
Wojciech Cejrowski w trakcie  jednego z programów TVP, w którym uczestniczyliśmy razem z Joanną Senyszyn, po którejś wypowiedzianej przez posłankę tezie powiedział niejako sobie, telewidzom a muzom „z głupkami nie należy dyskutować, przed głupkami należy się bronić". Coraz częściej życie pokazuje, że rada Cejrowskiego jest bezcenna.
Najprostszą, chociaż nie w każdej sytuacji najskuteczniejszą, metodą obrony przed głupkami jest ignorowanie ich. Po prostu, należy potraktować ich jak powietrze i tam, gdzie się da, to ośmieszać. Jeden wywiad z garwolińskim kandydatem na posła z ruchu palikociego odebrał „winiarzowi z Biłgoraja" więcej zwolenników niż napuszona analiza jego populizmu.

„Pancerni" głosowali na PO?

Pamiętam, gdy jako licealista i student biegałem na spotkania z przyjeżdżającymi do toruńskich klubów studenckich aktorami, jednego nauczyłem się z całą pewnością. Nie wolno w żaden sposób mylić aktora z jego rolami. Podobno jeden z największych aktorów międzywojnia Józef Węgrzyn z granych ról nie rozumiał niemal nic. Miał natomiast zaufanego asystenta, studenta polonistyki, który mu rolę objaśniał. Na przykład: „I w tym monologu Hamlet rozważa, czy wybrać komfort własny, czy podjąć walkę. Jest niezdecydowany, zastanawia się, nie ma się kogo poradzić...". I Węgrzyn rolę odgrywał bezbłędnie.
Zastrzegam, to przeczytana gdzieś anegdota. Ale prawdopodobna. Wybrałem się też raz, właśnie jako licealista, na spotkanie z jedną z gwiazd filmu, telewizji i oczywiście sceny i wyszedłem zdumiony. Jak ów gość grający wonczas: docentów, profesorów, mądrych doradców, lekarzy, prawników, dziennikarzy, może być prywatnie tak – przepraszam za kolokwializm – głupi. To, co opowiadał, dowcipy, którymi nas raczył, jego ogólna znajomość realiów były po prostu żenujące. Tak to jest, gdy myli się aktora z jego rolą. W trakcie zakończonej już kampanii co rusz pojawiały się, głównie po stronie PO, znane twarze polskiego show-biznesu. A my zdumieni wykrzykiwaliśmy: „Popatrz Nehrebecka też, a popatrz Kowalewski, Gajos..." etc. To są tylko aktorzy, których zadaniem jest dobrze, przejmująco i autentycznie odtwarzać powielone role. To nie Janek z „Pancernych" głosował na PO, ale obywatel, który wychyliwszy się nawet lekko zza węgła profesji może tyle samo rozumieć z życia politycznego, co Węgrzyn z roli Hamleta. To nie Małgosia Krukowska, w której kochał się serialowy Janek Serce, agitowała za Komorowskim, ale Anna Nehrebecka, która być może mniej rozumie z życia niż odtwarzana przez nią bohaterka. Nie wymagajmy od aktorów zbyt wiele. Jeden z nich powiedział kiedyś w wywiadzie, że w trakcie recitalu śpiewał piosenkę po hiszpańsku, czyli w języku, którego w ząb nie zna, i nie wszystko, co śpiewał rozumiał. I co? Jak to? Dostał standing ovation! Wolałbym, aby fakt, że Tusk, Pawlak czy jeszcze inny partyjny lider chcą mieć władzę, zepsuł mi miłość do moich ulubieńców. Dlatego moją jedyną bronią było... nie traktować ich poważnie. To tylko komedianci, to tylko artyści. I tak jak wierzymy, że udają śmierć swojego bohatera na scenie, tak i nie wierzmy im teraz.

Zadźgać zatrutym ostrzem

I jeszcze jeden wątek artystyczny. Krzysztof Varga (w weekendowej „GW"), natrząsając się ze wszystkich oburzonych „sprawą Nergala", pisał „O Nergalu powiem tyle: jest aktorem, który na użytek swojego przedstawienia zakłada kostiumy, kładzie makijaż i wypowiada różne kwestie, które przynieść mu mają zainteresowanie mediów, to się nazywa «model biznesowy»". Otóż publicysta ma być może rację, ale jeśli już, to mocno fragmentaryczną. Czy byłby tak samo tolerancyjny dla gitarzysty przebranego w mundur esesmana, drącego oświęcimski pasiak z okrzykiem „żryjcie to gówno!"? Może i Nergal tylko się za diabła przebiera (z braku własnej tożsamości często wchodzimy w cudzą, aby zaistnieć publicznie i wyróżnić się z tłumu) tak jak Olbrychski, nie mając z reguły nic do powiedzenia od siebie posługuje się cytatami, których zna przecież tysiące. Ale Nergal Biblię podarł naprawdę! To nie była jej atrapa, to była prawdziwa Święta Księga. Żyjemy w kraju, w którym za zabicie konia dla potrzeb sceny filmowej można pójść do więzienia (albo mieć nieprzyjemności bodaj), a wśród końcowych napisów często spotyka się zdanie: „Realizatorzy filmu oświadczają, że w trakcie kręcenia scen batalistycznych żadne ze zwierząt nie ucierpiało". W tym samym kraju, naszym kraju, nie chroni się tego, co jest obok barw narodowych i orła w koronie najsilniejszym znakiem naszej tożsamości. I dlatego, panie Krzysztofie Varga, wyczyn Nergala to coś więcej niż sceniczny kostium i „model biznesowy". To tak, jakby Englerta grającego onegdaj Hamleta dla pełnej realizacji owego „modelu" na końcu spektaklu zadźgać zatrutym ostrzem szpady naprawdę. A swoją drogą ciekaw jestem, co po owym koncercie Behemotha obsługa klubu zrobiła z podartymi kawałkami mojej świętości? Jeśli ocalały, to chętnie wezmę i poproszę najlepszych na świecie toruńskich konserwatorów papieru o poskładanie ich znowu w świętą całość. Autor jest profesorem pedagogiki, dziekanem Wydziału Nauk Pedagogicznych UMK w Toruniu, założycielem i dyrektorem Szkoły Laboratorium
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA