Film

Drive – recenzja filmu z Ryanem Goslingiem

Drive
ITI CINEMA
- "Drive" jest gangsterską baśnią. Błyskotliwym połączeniem liryzmu z okrucieństwem - pisze Rafał Świątek
Zobacz fotosy z filmu
Film Nicolasa Windinga Refna otwiera scena typowa dla sensacyjnych obrazów klasy B. Policja ściga przestępców, którzy obrabowali magazyn w Los Angeles. Stróże prawa są tuż, tuż. Ale kierowca bandytów za każdym razem wymyka się obławie. Czytaj recenzje filmowe W sztampowej fabule nie obyłoby się bez efekciarskich kraks i strzelaniny. Jednak Refn nie stosuje prostackich sztuczek. Nocna jazda po miejskich zaułkach ma wprowadzić widza w trans. Zahipnotyzować wystylizowanymi obrazami i dźwiękiem. „Drive" jest skonstruowany jak brawurowy teledysk. W rytmie muzyki electropop zmieniają się konwencje. Kino akcji płynnie przechodzi w romantyczną bajkę, by za chwilę podnieść napięcie szybką jazdą lub zaszokować jatką.
Mistrzowskie żonglowanie narracyjnymi schematami dowodzi, że w światowym kinie narodził się nieprzeciętny talent. Duńczyk Nicolas Winding Refn ma już na koncie kilka filmów, ale dopiero „Drive" może otworzyć mu drzwi do Hollywood. W Europie już został doceniony, zdobywając w Cannes nagrodę za reżyserię. Refn postępuje w tym filmie jak rasowy DJ – miksuje sample i style. Jednak nie zabłysnąłby bez gwiazdy. „Drive" jest także popisem Ryana Goslinga. Trzydziestoletni hollywoodzki aktor wcielił się w bezimiennego kierowcę – za dnia mechanika samochodowego, w nocy szofera gangsterów. Jest małomówny niczym Clint Eastwood, ale potrafi czarować uśmiechem przywodzącym na myśl młodego Roberta Redforda. Pewnego dnia ten amant w stylu retro zakochuje się w sąsiadce (Carrey Mulligan) – matce kilkuletniego chłopca i żonie faceta, który siedzi w więzieniu. Uczucie uwikła go w morderczą rozgrywkę z bandytami. Grany przez Goslinga kierowca przypomina rycerza z bajki. Tyle, że zamiast zbroi nosi połyskliwą kurteczkę ze złotym skorpionem na plecach. Jego wybranka jest jak krucha, wrażliwa księżniczka. Ale baśniowy czar szybko pryska. Rycerz skrywa mroczne oblicze. Od pewnego momentu nie wiadomo czy broni ukochanej przed mafiosami z miłości, czy tylko dlatego, że lubi zadawać przeciwnikom ból. Paradoks „Drive" polega na tym, że sceny niepohamowanej przemocy są równie uwodzicielskie jak chwile czułości kochanków. Pocałunki przeplatają się z miażdżeniem czaszek i wypruwaniem wnętrzności. Refn tworzy perwersyjny, ale niezwykle sugestywny spektakl. Duński reżyser jest często porównywany do Tarantino. Nic bardziej mylnego. To raczej następca Davida Lyncha, który za nim poświęcił się medytacji transcendentalnej, wykorzystywał ograne motywy do tworzenia filmów na kształt wyrafinowanych wizualnie, ponurych baśni („Blue Velvet", „Dzikość serca", serial „Miasteczko Twin Peaks"). Refn też stworzył bajkę. Dla dorosłych.  
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL