fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Prezydencki myśliwy

Rzeczpospolita
Witold Marczuk to jeden z najbardziej zaufanych ludzi Lecha Kaczyńskiego.– Jest bezwzględnie lojalny, ale nie służalczy – mówią jego dobrzy znajomi
Marczuk, dziś szef wywiadu wojskowego, uczestniczył w środowym spotkaniu prezydenta z Donaldem Tuskiem. Było to jednak uczestnictwo milczące. Marczuk nie wypowiedział żadnego słowa, może poza „dziękuję”. Tusk, który zna go jeszcze z Gdańska, pogratulował mu bowiem błyskawicznego awansu na generała.
Dlaczego prezydent zaprosił szefa wywiadu na to spotkanie w Pałacu? – Chyba po to, aby cała Polska się nad tym zastanawiała, a dziennikarze wypytywali polityków – uważa Mirosław Drzewiecki, bliski współpracownik Tuska. – Byłoby logiczne, gdyby był świadkiem przekazywanych przez prezydenta nowych informacji o Radosławie Sikorskim, kandydacie na szefa MON, ale to nie miało miejsca – twierdzi Drzewiecki. Prezydent tylko powtórzył swoje zastrzeżenia. O Marczuku zrobiło się po raz kolejny głośno kilka dni temu, gdy w dniu Święta Niepodległości prezydent nadał mu stopień generała brygady. A jeszcze dwa lata temu był tylko podporucznikiem rezerwy. Część prasy była tym awansem oburzona. Dziennikarze ironizowali, że były strażnik miejski dostał generalskie szlify. Marczuk był szefem straży miejskiej, gdy stolicą rządził Lech Kaczyński.
Po powstaniu rządu Donalda Tuska Marczuk straci stanowisko szefa wojskowego wywiadu, bo nowa koalicja zapowiedziała zmiany w służbach. Doświadczenie minionych lat wskazuje jednak, że znajdzie pracę u prezydenta Kaczyńskiego. Kiedy w 2005 roku PiS wygrało wybory, to, że Marczuk obejmie ważne stanowisko, było oczywiste. Przymiarki były różne. W grę wchodziło m.in. stanowisko komendanta stołecznej policji i szefa Straży Granicznej. Ostatecznie Marczuk został szefem ABW. – Odkryłem w sobie żyłkę psa gończego – powiedział wtedy „Rz”. Z pracy w ABW chciał jednak zrezygnować już po kilku miesiącach. Odszedł po roku, gdy po likwidacji WSI powstała nowa służba wywiadu wojskowego. Lech Kaczyński i Marczuk współpracują ze sobą, choć z przerwami, od niemal 20 lat. Po reaktywowaniu „Solidarności” Kaczyński ściągnął go do pracy w centrali związku. Marczuk został szefem działu organizacyjnego, a jego zastępcą był Przemysław Gosiewski. – Witek stał się najbardziej zaufaną osobą Kaczyńskiego – opowiadają byli związkowcy. I dodają, że był zawsze bezwzględnie lojalny wobec swojego pryncypała. Osoby, które dobrze znają ich obu, podkreślają, że była to lojalność, ale nie służalczość. Na przykład w stołecznym ratuszu nie należał do dworu, nigdy nie przesiadywał jak wielu innych w przedpokoju przed gabinetem prezydenta. W wolnej Polsce zajmował się przede wszystkim „ściganiem nieprawidłowości” (określenie samego Marczuka). Tak było w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, w Generalnym Inspektoracie Celnym (był jego szefem trzykrotnie), w NIK, w biurze kontroli w TVP za Wiesława Walendziaka. W większości miejsc współpracował z Mariuszem Kamińskim (dziś szefem CBA) i był zaprzyjaźniony z ludźmi tworzącymi Ligę Republikańską. Obaj mieli podobny styl pracy, nie trzymali się procedur. Marczuk jako szef GIC miał z tego powodu kłopoty z prokuraturą. O jego spontaniczności może świadczyć to, że gdy zostawał szefem ABW, powiedział „Rzeczpospolitej”: – Poluję na dziki i dzikie kaczki. Masz pytanie, wyślij e-mail do autorki m.subotic@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA