Publicystyka

III RP - studium oligarchii

Rzeczpospolita, Janusz Kapusta Janusz Kapusta
W Europie dużo się dziś mówi o zagrożeniu populizmem. Niedostrzegana jest natomiast oligarchizacja życia politycznego, która na naszym kontynencie stanowi obecnie dużo większe niebezpieczeństwo dla demokracji
Rozwój populizmu, który jest w Europie faktem, acz na dużo mniejszą skalę, niż prezentują to ośrodki opiniotwórcze, stanowi tylko konsekwencję tego zjawiska.
W Polsce fenomeny te można zobaczyć w ostrzejszej formie, ale, chociaż przybierają specyficzne dla naszej sytuacji kształty, są ilustracją procesu dużo szerszego, który uznać można za charakterystyczny dla obecnej fazy rozwoju naszej cywilizacji.
Greckie słowo oligarchia oznacza rządy nielicznych. Według Platona i Arystotelesa to zdeprawowana forma tego ustroju, kiedy niewielu rządzi dla swojego dobra. Właściwy jego kształt, gdy władza sprawowana jest dla dobra ogółu, nazywany jest przez Platona timokracją (time - zaszczyt), a przez Arystotelesa arystokracją. Wraz z zanikiem arystokracji jako warstwy społecznej zanikły ideologie ustroju arystokratycznego, a wraz z sukcesami demokracji zanikło uprawomocnienie dla rządów nielicznych. Nawet istniejące w Europie systemy autorytarne odwoływały się do specyficznie zinterpretowanej woli większości. Robił to również totalitarny komunizm prezentujący się jako właściwa, bo "ludowa" demokracja i zachowujący formalny sztafaż tego ustroju. Oligarchie Trzeciego Świata przywdziewają również demokratyczny kostium. Oligarchia oznacza więc dziś skupienie władzy w rękach zamkniętej grupy, która, poza fasadą demokratycznych procedur, kontroluje państwo. Zwykle jest to układ potentatów biznesu i polityki, a współcześnie coraz bardziej i mediów, czyli partnerów, którzy w dużej mierze potrafią sterować całością życia społecznego. Współczesna oligarchia jest stopniowalna i musi iść na kompromis ze światem demokratycznego pozoru. Niektórzy teoretycy w ogóle kwestionowali realność demokracji. Klasycy socjologii, tacy jak Gaetano Mosca, Vilfredo Pareto czy Robert Michels, akcentowali nieuniknione ich zdaniem zjawisko rządów elit. Ostatni z nich sformułował spiżowe prawo oligarchii, zgodnie z którym we wszystkich organizacjach, niezależnie od ich struktury, władza koncentruje się w rękach niewielkiej grupki przywódców. "Organizacja to oligarchia" - ujmował to w skrócie Michels. Jeśliby nawet przyjąć rozumowa nie wzmiankowanych myślicieli, jego częścią będzie teoria krążenia elit, którą uznawali Mosca i Pareto. Oznacza ona następujące po sobie zmiany grup przywódczych. Wielu teoretyków zgodzi się z tezą Josepha Schumpetera, że demokracja to możliwość wyboru przez obywateli rządzącej elity. Oligarchia możliwość taką blokuje, rezerwując realną władzę dla jednej, w miarę szczelnej grupy. W tym sensie III RP była państwem quasi-oligarchicznym. W jakimś stopniu determinował to sposób jej powstania. Można uznać, że w początkach 1989 roku podjęcie przez przywódców opozycji negocjacji z komunistyczną władzą było aktem nie tylko racjonalnym, lecz i konsekwentnym. Pakt warszawski był twardą realnością, wojska sowieckie stacjonowały w Polsce i nic nie zapowiadało jesieni narodów, która w tym samym roku położy kres systemowi komunistycznemu w Europie Środkowo-Wschodniej. Co więcej, "Solidarność" od początku deklarowała wolę porozumienia z rządcami PRL, na co skazana była przez ówczesne warunki polityczne. Nie zmienia to faktu, że Okrągły Stół elit rządowo-opozycyjnych, niezależnie od pozytywnych zmian, jakie wprowadzał w rzeczywistość PRL, był aktem niedemokratycznym. Porozumienia stanowiące jego owoc były krokiem w kierunku demokracji, ale z pewnością demokracji nie tworzyły. Trudno za taką uznać możliwość wyboru 35 proc. miejsc w Sejmie przy rozlicznych dodatkowych zabezpieczeniach komunistycznej władzy. Manifestacją antydemokratycznego ducha była w tym kontekście obowiązująca w nowym establishmencie władzy doktryna streszczona po raz pierwszy przez Bronisława Geremka, który przywołał maksymę pacta sunt servanda - umowy zobowiązują. Znamienne, że całość maksymy brzmi: pacta sunt servanda e rebus sic stantibus - umowy zobowiązują w tym samym stanie rzeczy. Stan rzeczy uległ diametralnej zmianie, ale sygnatariusze, również opozycyjnej strony, robili wszystko, aby umowę utrzymać w mocy. Niezależnie zresztą od maksymy pomysł, aby życie społeczeństwa na trwałe określone było przez niekonsultowane szerzej i nieweryfikowane porozumienie elit, z demokracją nie ma nic wspólnego. Uzasadnieniem postawy elity opozycyjnej była jej nieufność do społeczeństwa, które miało być przeszkodą w budowie nowoczesnego państwa, gospodarki rynkowej i demokracji. Innymi słowy, dla budowy demokracji czasowo należało demokrację ograniczyć. Tezy takiej, jakkolwiek paradoksalnie by brzmiała, w określonych warunkach można bronić. Nie była ona jednak zasadna wobec Polski przełomu lat 80. i 90. Jak zwykle zresztą w takich wypadkach, wszelkie rozbudowane racjonalizacje dają się sprowadzić do przeświadczenia określonej grupy, że jej rządy będą błogosławieństwem dla narodu, a nieszczęściem byłoby przejęcie władzy przez jej konkurencję. Pewność taką żywiła dominująca w nowej sytuacji część opozycji, której głównymi instytucjami były rząd Mazowieckiego i "Gazeta Wyborcza". Grupa ta zawiązała zainicjowany przy Okrągłym Stole sojusz z establishmentem PRL, przyjmując, że z powodu historycznych zaszłości nowi koalicjanci skazani będą w nim na podrzędną rolę. To pod osłoną tego sojuszu rozwijały się biznesowe kariery przedstawicieli byłej nomenklatury PRL, którzy wykorzystywali uprzywilejowaną pozycję zarówno w dostępie do informacji, jak i do kredytu. Ich pozycja stwarzała im możliwości posługiwania się pełnym luk prawem czasu przejściowego. Nierzadko zresztą wykorzystując swoje wpływy, działali poza prawem. Przeniesiona z czasów PRL struktura wpływów i powiązań uczyniła z tej grupy szczególnego beneficjenta gospodarczej transformacji Polski. Wielu zresztą kapitalistów III RP zaczęło robić kariery jeszcze w czasach PRL, wykorzystując swoją pozycję i koneksje w aparacie komunistycznej władzy. Wszystko to składało się na zjawisko dominacji postkomunistów w polskiej gospodarce kapitalistycznej. Ich potęgę budował fakt, że również w nowych warunkach funkcjonowali we wspierającym się, promującym swych przedstawicieli i eliminującym konkurencję układzie. Nie był to oczywiście układ sformalizowany i zamknięty, lecz struktura powiązań biznesowo-instytucjonalnych, a przede wszystkim poczucie głęboko pojętej wspólnoty interesu i tożsamości obyczajowo-historycznej. Elita władzy komunistycznego totalitaryzmu promowała szczególny typ osoby i etos działania. Tworzyli ją karierowicze gotowi na wszystko dla awansu w partyjnej hierarchii. Ci, którzy pięli się w niej, musieli cechować się specyficznym sprytem i umiejętnością kolektywnych rozgrywek, a także zupełnym brakiem skrupułów. Z zasady wyobcowani byli ze wspólnoty narodowej, której ogół żywił niechęć, jeśli nie wrogość wobec komunistycznej władzy. Komunizm i jego PRL-owskie wcielenie stały na antypodach polskiej tradycji i ufundowanego na niej systemu wartości. Wprawdzie przytłaczająca większość komunistycznych prominentów była obojętna wobec oficjalnej ideologii, ale w praktyce, w obronie swojej władzy, zwalczać musiała podmiotowe aspiracje Polaków, instrumentalnie odwołując się do komunizmu. Nie mogło to nie wywoływać mentalnych konsekwencji prowadzących do integracji tej grupy przeciw całości narodu. Ta postawa spotykała się z poglądami dominującej części byłej opozycji, których wyrazicielem stała się "Gazeta Wyborcza", uznającej polską tradycję za przeszkodę w drodze do modernizacji. Brak dekomunizacji powodował, że również korpus urzędniczy i wymiar sprawiedliwości pozostały zdominowane przez ludzi PRL, którzy dzięki zawartym wówczas znajomościom i wspólnym przedsięwzięciom w dużej mierze kontrolowali polską politykę. Tajne służby III RP, zwłaszcza WSI, pozostawały pod kontrolą dawnych funkcjonariuszy. W małym stopniu zmianie uległ korpus oficerski. To samo dotyczy MSZ. PRL-owskie środowiska zdominowały korporacje, które miały istotne znaczenie dla funkcjonowania państwa i jego kultury: prawnicze, uniwersyteckie, nauczycielskie. W niektórych nastąpiło znamienne odwrócenie sojuszy. Inteligencja zbuntowana przeciw PRL przeprosiła się ze swoimi dawnymi przeciwnikami ze strony komunistycznej władzy. Integracja ta wzmacniała siłę korporacji. A układ korporacyjny to również element oligarchii. Wielki wpływ na tę sytuację miał monopol opinii, który w dużej mierze przejęła "Gazeta Wyborcza". Dziennik ten uznany został za organ niezależnej Polski. Z czasem awansował do roli organu oświeconej inteligencji broniącej Polski przed upadkiem w przepaść nacjonalistycznego ciemnogrodu. Walka z komunizmem nie sprzyjała pluralizmowi. Ponieważ nie istniała opinia publiczna, obywatele musieli żywić zaufa nie do opozycyjnych liderów. W sposób naturalny postawa ta przetrwała upadek komunizmu. Została wręcz steoretyzowana w kulcie tzw. autorytetów. Odwoła nie do nich zastępować miało, a w każdym razie finalizować dyskusję. Trybuną, która autorytety powoływała i odwoływała, a także przedstawiała ostateczne sądy na temat rzeczywistości w Polsce i gdzie indziej, była "Wyborcza", którą suwerennie kierował jeden z realnych autorytetów antykomunistycznej opozycji - Adam Michnik. Rola i znaczenie tej gazety jest wyjątkowym fenomenem historycznym. W III RP w ogromnej mierze samowładnie kreowała obraz świata inteligencji polskiej. Wpływ jej był zresztą znacznie szerszy. Dziennikarze mediów elektronicznych, którzy zwykle opierają się na światopoglądzie wypracowanym przez ich piszących kolegów, w III RP powtarzali, a więc propagowali szeroko tezy "Gazety Wyborczej". W "wyborczy" front wpisywały się opiniotwórcze tygodniki "Polityka" i "Tygodnik Powszechny". TVP, w której nie zostały dokonane żadne głębsze zmiany, współbrzmiała w tej orkiestrze poza krótkim epizodem prezesury Wiesława Walendziaka, który atakowany był gwałtownie za próbę pluralizacji tego medium. Skończyło się to przejęciem telewizji publicznej przez pracownika Kwaśniewskiego - Roberta Kwiatkowskiego, który uczynił z niej instrument propagandy SLD. Istniały wprawdzie inne gazety i periodyki, ale nie miały odwagi ani możliwości stać się alternatywą dla organu Michnika. Dariusz Fikus, który z namaszczenia premiera Mazowieckiego został redaktorem naczelnym "Rzeczpospolitej", powiedział, że przetworzy ją w gazetę ekonomiczno-prawną, gdyż na rynku polityki i opinii jest już "Wyborcza". Wiele mówi to o mentalności nowego establishmentu. Oligarchizacja III RP postępowała z czasem. Zwycięstwo wyborcze SLD i rządy Leszka Millera były apogeum tego procesu. Doprowadziły równocześnie do jego załamania. Zdyscyplinowane dotąd, zwłaszcza przez traumę klęski w 1989 roku, postkomunistyczne kadry, nabierając przeświadczenia, że odzyskały już władzę, rozpoczynają wewnętrzny bój o podział zdobyczy. Dążą równocześnie do wyeliminowania lub podporządkowania sobie wszystkich konkurentów spoza układu. Sprawa Romana Kluski, samodzielnego biznesmena, którego usiłowano (dość skutecznie) zniszczyć za pomocą wymiaru sprawiedliwości i służb specjalnych, jest ilustracją dużo szerszego zjawiska. Postkomunistyczny układ podjął również próbę uzależnienia od siebie dotychczasowych sojuszników, takich jak "Gazeta Wyborcza". Afera Rywina odsłania to zjawisko. Grupa Millera postanawia ostatecznie podporządkować sobie całość rynku mediów elektronicznych w Polsce. Przygotowuje poprawkę do ustawy zwiększającą radykalnie kompetencje podporządkowanej SLD Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji i faktycznie uzależnia od niej również prywatnych nadawców. Tym "Gazeta Wyborcza" się nie przejmuje. Przejmuje się zapisem, który uniemożliwi jej kupno telewizji. Rozpoczyna się korowód nacisków, spotkań, nieoficjalnych pogawędek i zakulisowych rokowań. Instytucje formalnie powołane do stanowienia prawa nie mają tu nic do gadania. Wszystko odbywa się niejawnie. Znamienne jest określenie użyte później przez Lwa Rywina - grupa trzymająca władzę. Formalne ustawienie jej członków w hierarchii instytucjonalnej w kraju nie ma specjalnego znaczenia. Od ministra kultury, figuranta z dawnej opozycji, Andrzeja Celińskiego ważniejsza okazuje się jego zastępczyni, PZPR-owska dziennikarka Aleksandra Jakubowska; od przewodniczącego KRRiT, polityka UW Juliusza Brauna - jej sekretarz, działacz "Ordynackiej" Włodzimierz Czarzasty. Grupa trzyma władzę dzięki swoim oligarchicznym powiązaniom i wpływom. Oczywiście działa pod patronatem premiera Millera. Na masową wyobraźnię działa suma łapówki, której od Agory zażądał Rywin. W rzeczywistości 17 i pół miliona dolarów w kontekście wartości również finansowej spraw, których dotyczyła, to suma znikoma. Natomiast afera pokazuje związek korupcji i oligarchii. Opłata dla Rywina miała być dodatkowym elementem transakcji. Współczesny system oligarchiczny, którego zręby tworzyła III RP, to nieoficjalny obieg władzy, pieniądza i informacji. Ponieważ współczesna oligarchia musi ukrywać się za szyldem demokracji, istnieje w niej zasadniczy rozziew między światem oficjalnych pozorów a realnym egzekwowaniem władzy i związanych z nią również gospodarczych transakcji. Dlatego korupcja to nie tylko nieoficjalny podatek, który producenci i konsumenci muszą uiszczać za dostęp do coraz większej liczby dóbr, to także element niejawnych kontraktów, o których wiedza pozostaje w obrębie uprzywilejowanej grupy. Charakterystyczna dla III RP była tajność rozlicznych działań elity władzy. Nie wolno było prezentować życiorysów osób publicznych, nie wolno było zaglądać do archiwów IPN, obywatel nie powinien wiedzieć więcej, niż zadecydowały elita władzy i "Gazeta Wyborcza". Stąd lęk przed powołaniem komisji śledczej w sprawie afery Rywina, gdyż - jak to sformułował w "Polityce" jeden z propagandzistów III RP Jacek Żakowski, protestując przeciw jej powołaniu - prawda o tej sprawie ubrudzi wszystkich. Miał rację: ubrudziła cały establishment III RP. Oligarchia i korupcyjne powiązania mogły kwitnąć dzięki limitowaniu informacji i monopolowi opinii. Wszyscy słyszeli o propozycji Rywina i żadne duże medium nie było na tyle odważne, aby przez blisko pół roku podjąć śledztwo w tej sprawie. Sławna dziennikarka "Polityki" i III RP Janina Paradowska po interwencji Michnika wycofała z wywiadu z Millerem pyta nie o tę sprawę. "...w społeczeństwie polskim po 17 latach funkcjonowania systemu demokratycznego wciąż jeszcze spory jest potencjał antydemokratyczny mogący stanowić bazę polityczną dla rozwiązań autorytarnych. Przejawia się on nie tylko w braku zaufania dla instytucji demokratycznego państwa, lecz również w podważaniu roli elit intelektualnych i politycznych". Ten kuriozalny fragment pochodzi z kuriozalnego dokumentu nazwanego "Uwagi o sta nie demokracji w Polsce", a przygotowanego w 2007 roku przez tajemnicze grono podpisujące się: Konwersatorium "Doświadczenie i Przyszłość". Ponieważ tego typu anonimowa instytucja powołana została do podziemnego życia pod koniec lat 70. minionego wieku, zdaje się, że teraz część jej twórców zasygnalizować chciała paralelę między rządami Kaczyńskich a PRL. W tym wypadku chodzi mi jednak o kult elit jako warunek istnienia demokracji. Taki płynie wniosek ze sformułowania, że "podważa nie ich roli" świadczy o potencjale antydemokratycznym. Jest to właściwie wprost sformułowana zasada nowej oligarchii. Nie ogranicza się ona tylko do III RP. Dominujący w UE lewicowo-liberalny establishment usiłuje utrwalić rządy swojej ideologii, wprowadzając jej zasadnicze elementy do systemu prawnego Europy. Sprawy, których ustawowe regulacje dotyczą, przestają w ten sposób podlegać demokratycznym procedurom. Ich rozwiązanie narzucone jest prawnie. Taki charakter ma Karta praw podstawowych Unii Europejskiej wprowadzana obecnie do systemu prawnego Europy, mimo że została odrzucona wraz z projektem konstytucji europejskiej. Coraz więcej instytucji europejskich działa jako grona eksperckie poza procedurami demokratycznymi, podejmując jednak ostateczne decyzje, których konsekwencje ponosimy wszyscy. Coraz więcej spraw wypychanych jest z dyskursu publicznego i z góry regulowanych przez normy poprawności politycznej. Nic dziwnego, że wracają one potem w wykoślawionej formie podejmowane przez realnych populistów, gdy wcześniej każdy, kto usiłuje o nich mówić, kwalifikowany był jako populista. Klasyczna arystokracja wychowywana była w rygorystycznych zasadach według utrwalonych przez pokolenia norm. Nowa autopromująca i określająca się jako elita sama dla siebie i dla innych usiłuje stwarzać normy. Powodowani pychą oświeceni wymyślają ostateczne rozwiązania, aby "emancypować" ich zdaniem uwięziony w tradycyjnej kulturze plebs. Oderwani od życia, tracą poczucie zdrowego rozsądku. To oni wykorzystują UE, aby budować w niej współczesną oligarchię. I to przed nimi trzeba bronić dziś europejskiej kultury i demokracji. Eksperyment III RP, gdy rodzimi oświeceni modernizowali Polskę na przekór jej kulturze i ponad głowami jej mieszkańców, był przykładem takiego działania i takiej postawy.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL