fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Platforma Obywatelska unika reform

Krzysztof Rybiński
Rzeczpospolita, Dominik Pisarek Dominik Pisarek
- Dlaczego recesja w latach 30. XX w. przerodziła się w wielką depresję? Bo rządy krajów, które przeżywały recesję, w introwertycznym szale zaczęły wprowadzać bariery w handlu międzynarodowym i w ciągu trzech lat wolumen światowego handlu spadł o dwie trzecie - pisze prof. Krzysztof Rybiński, rektorem Wyższej Szkoły Ekonomiczno-Informatycznej w Warszawie
Niestety, sytuacja zaczyna powoli przypominać wojnę handlową sprzed 80 lat, tylko że obecna rozgrywa się na rynkach walutowych. Warto zrozumieć jej mechanizm i konsekwencje, bo mogą być odczuwalne także w Polsce.
W kilku krajach rozwiniętych banki centralne bardzo boją się recesji i deflacji, więc obniżyły stopy procentowe do zera (Japonia) lub prawie do zera (USA, strefa euro i W. Brytania). Dodatkowo banki centralne zaczęły drukować pieniądze, czyli kupują na rynku różne aktywa finansowe, często wątpliwej jakości i po zawyżonych cenach, i zasilają światowy system finansowy w płynność.
Ta polityka zerowych stóp i obawy rynków finansowych przed deflacją powodują, że oprocentowanie obligacji rządów krajów rozwiniętych (USA, Niemcy, Japonia) jest najniższe w historii. Zatem ta góra wydrukowanych pieniędzy szuka bardziej rentownych inwestycji, przepływając na rynki wschodzące.
To powoduje, że obniża się oprocentowanie i rosną ceny obligacji rządów na rynkach wschodzących, rosną ceny akcji na tych rynkach i umacniają się waluty tych krajów. Dotyczy to w jednakowym stopniu Korei Płd., Indii, Turcji, Brazylii czy Polski. O ile wzrost cen akcji jest przyjemny, bo inwestorzy czują się bogatsi, to umacniające się waluty mogą prowadzić do zapaści eksportu. Ponadto zbyt szybki i fundamentalnie nieuzasadnion wzrost indeksów giełdowych mogą prowadzić do baniek spekulacyjnych, takich samych jak bańki na rynku nieruchomości w 2007 r., które pękły z hukiem.
Z powyższych powodów kraje rozwijające się bronią się przed umocnieniem walut i zbyt silnym wzrostem cen aktywów. Chiny mogą to robić za pomocą ręcznego sterowania, np. nakazując bankom wstrzymanie akcji kredytowej, sterują też kursem juana. Inne kraje, które funkcjonują w ramach swobodnego przepływu kapitałów, wprowadzają podatki. Brazylia wprowadziła 2-proc. podatek w od zakupu obligacji rządowych tego kraju przez nierezydentów, potem podniosła go do 4 proc. Tajlandia wprowadziła 15-proc. podatek dochodowy dla nierezydentów od zysków kapitałowych. Korea Płd. rozważa ograniczenia w przepływie kapitału.
Te decyzje coraz bardziej przypominają początki wojny handlowej, która skończyła się wielką depresją, tylko tym razem rządy zajęły się nie przepływami towarów, ale przepływami gorącego pieniądza, który jest drukowany przez banki centralne w krajach rozwiniętych.
Łatwo wyobrazić sobie, co może stać się dalej. Jeżeli w listopadzie, zgodnie z zapowiedzią Rezerwa Federalna zwiększy skalę druku pieniądza, to nasili się napływ krótkoterminowego kapitału na rynki wschodzące i nasili się presja na umocnienie walut tych krajów. W odpowiedzi wiele krajów rozwijających się zacznie interweniować, akumulując rezerwy dewizowe, wprowadzą też dodatkowe bariery dla przepływu kapitału.
W sumie efekt druku pieniądza przez „Bena z helikoptera” może być taki, że bańki cenowe na rynkach aktywów i surowców będą dalej rosły, interwencje walutowe doprowadzą do dalszego silnego wzrostu rezerw dewizowych banków centralnych w wielu krajach, które z kolei będą inwestowane w większości w obligacje krajów rozwiniętych, takich jak USA czy Niemcy. Czyli tzw. globalne nierównowagi w sferze finansów będą dalej narastały, a wpływ tego typu polityki na realną gospodarkę będzie niewielki. Aż pewnego dnia prasy drukarskie staną, i co wtedy?
Niestety USA prowadzą bardzo brutalną i nieczystą grę, wykorzystując pozycję emitenta globalnej waluty rezerwowej. Przez dwie dekady Amerykanie żyli ponad stan, osiągając poziom konsumpcji zbyt wysoki w stosunku do możliwości gospodarki. Teraz nadszedł czas zaciskania pasa, co oznacza dla USA kilka lat wolnego wzrostu. Zamiast 3 – 4 proc., do których byli przyzwyczajeni, gospodarka powinna rozwijać się w tempie ok. 1 proc. Ale to oznacza utrzymanie się wysokiego bezrobocia, co jest niepopularne politycznie.
Rząd i bank centralny USA postanowiły prowadzić inną politykę, drukując pieniądze chcą doprowadzić do osłabienia dolara i umocnienia walut wielu krajów, co uczyni eksport konkurencyjnym i pomoże w podtrzymaniu wyższego tempa wzrostu w USA, kosztem jego obniżenia w innych krajach. Prezydent Obama mówi wprost o podwojeniu eksportu USA w pięć lat. Na to nie ma i nie będzie zgody w innych krajach. A ponieważ grupa G20 jest fasadowa i nie podejmuje żadnych decyzji koordynujących globalną politykę gospodarczą, mogą nas czekać nerwowe lata wojen walutowych.
Co to oznacza dla Polski? Powinniśmy pilnować, by złoty za bardzo się nie umocnił, tak jak Azjaci pilnują swoich walut. Powinniśmy przyspieszyć reformy, by nasza gospodarka i finanse publiczne były dobrze przygotowane na ewentualne silne turbulencje na rynkach finansowych. Tylko czy nasi politycy mają czas myśleć o takich rzeczach. Przecież jest wiele innych, „ważniejszych spraw”, od bomb fekaliowych po zamachy o podłożu politycznym. Nasze dzieci i wnuki nie uwierzą, czym zajmowała się obecna klasa polityczna, gdy będą studiować najnowszą historię Polski.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA