Opinie

Rząd nie wspiera rodziny

Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Polskie władze zdają się mówić ludziom: my wam dajemy pieniądze, a wy macie za to urodzić jak najwięcej dzieci. Skoro przez trzy lata się nie postaraliście, to kończymy promocję – piszą działacze społeczni i publicyści
W telewizji i Internecie pojawiły się już przed wakacjami spoty zachęcające do prokreacji, sygnowane przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Przesłanie kampanii „zadbaj o przyszłość” jest powszechnie znane: jeśli w Polsce nie zaczną się rodzić dzieci, wkrótce nie będzie komu utrzymywać starego społeczeństwa. Kampania mogłaby się okazać nawet przydatna dla kogoś więcej poza agencją reklamową, która na niej zarobiła, pod warunkiem że udałoby się ją pokazać całemu rządowi.
Jednak podczas gdy ministerialne spoty biły na alarm i namawiały do posiadania dzieci, premier zrobił wszystko, żeby przekonać, jak bardzo nie opłaca się ulegać tym namowom. Zapowiedział naraz: wycofanie z becikowego, likwidację ulgi podatkowej na dzieci, a do tego podwyżkę VAT, która uderzy przede wszystkim w rodziny, szczególnie te z większą liczbą dzieci. [srodtytul]Tanie państwo[/srodtytul]
„Nie mam najmniejszych wątpliwości, że cel, jaki sobie stawialiśmy, ustanawiając zarówno becikowe, jak i ulgi prorodzinne, nie jest dobrze realizowany” – stwierdził pod koniec lipca premier. Dodał, że celem tych mechanizmów było, według niego, zwiększenie dzietności Polaków. Po pierwsze absurdem jest już samo ocenianie długofalowych z natury programów po niespełna trzech latach. Idąc tym tropem, należałoby się szybko wycofać z programu budowy Orlików. Żenująca porażka, tym razem w meczu z Hiszpanią (6:0), kazałaby wnioskować, że inwestycja w młode piłkarskie talenty nie daje rezultatu. Po drugie wiadomo, że żadnego celu nie było. Uchwalenie odliczenia podatkowego na ostatnim posiedzeniu Sejmu poprzedniej kadencji nie było elementem przemyślanej polityki prorodzinnej, ale przedwyborczą licytacją. Prawicę Rzeczypospolitej i Ligę Polskich Rodzin wsparła Platforma, aby wysokością odliczenia dopiec PiS. Zyta Gilowska, minister finansów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, mówiła wtedy o sponsorowaniu przez państwo „bogaczy, którzy zafundowali sobie wiele dzieci”. Podobnie było z becikowym, które również uchwalono dzięki wsparciu posłów PO. W opozycji Platforma mogła pozwolić sobie na takie ekstrawagancje. Teraz rząd PO rozczarował się obydwoma formami wspierania rodziców. Premier precyzuje, że szczególnie odliczenie podatkowe na dzieci nie spełniło swojego zadania. Oczywiście nie potrzeba na poparcie tej tezy żadnych badań. Wystarczy, że odliczenie kosztuje budżet kilka razy więcej niż becikowe. Deklaracja premiera to element doktryny taniego państwa, której hołdują kolejne rządy, oszczędzając m.in. na urlopach macierzyńskich, przedszkolach i dodatkach rodzinnych. Przy czym „tani” w utrzymaniu ma być nie aparat urzędniczy, ale obywatel, którego zadaniem jest płacić podatki i patrzeć z cielęcą ufnością, jak coraz mniejsza ich część do niego wraca. [srodtytul]Niczym Geniusz Karpat[/srodtytul] Poważna próba zażegnania katastrofy demograficznej nie tylko nie jest podejmowana. Wypowiedzi najważniejszych osób w państwie świadczą o tym, że nawet gdyby klasa polityczna wykrzesała w sobie wolę, aby jej zapobiec, nie wiedziałaby jak. Szef rządu powiedział, jak rozumie cel becikowego: „warto się zastanowić, ale nie ze względu na oszczędności, tylko na ten cel demograficzny, czy nie powinno się przesunąć tych środków na taką dużo wyższą premię, ale za trzecie dziecko i dalsze. Bo przecież problem polega na tym, że ta oczekiwana dzietność, żeby Polska nie starzała się, żeby nie ubywało Polaków, to (...) musi być więcej średnio niż dwójka dzieci”. Z tej i innych wypowiedzi wynika, że w pojęciu rządu becikowe i odliczenia na dzieci nie były nawet elementami polityki prorodzinnej, która zakłada wsparcie w wychowaniu dzieci. Była to polityka pronatalistyczna. Miała „napędzić produkcję” obywateli przy jednoczesnym braku zainteresowania warunkami, w jakich rodziny będą wychowywać dzieci. Trudno uniknąć skojarzenia z polityką prowadzoną przez Rumunię za czasów Nicolae Ceausescu. Dyktator nie tylko zachęcał, ale i przymuszał do rodzenia, z dramatycznymi skutkami społecznymi. I choć forma jest absolutnie nieporównywalna, komunikat naszych władz opiera się na zaskakująco podobnym podejściu. W naszej wersji brzmi: my wam dajemy pieniądze, a wy macie za to urodzić jak najwięcej dzieci. Skoro przez trzy lata się nie postaraliście, to kończymy promocję. I spróbujemy innej. Dostaniecie więcej pieniędzy, ale dopiero jeśli wyrobicie normę. Właściwie należy się cieszyć, że tak określony cel becikowego nie został osiągnięty i mało kto zdecydował się urodzić dziecko dla 1000 złotych. Warto też przypomnieć, że natura wypracowała dużo silniejsze instrumenty motywujące do podjęcia prokreacji. Pomysł, by konkurować z nią marnym 1000 złotych, jest doprawdy zabawny. Premier nie rozróżnia też polityki prorodzinnej od socjalnej. Zapowiada, że częściowo utrzyma becikowe, ale skieruje je do najuboższej części społeczeństwa. De facto będzie więc rozwijał pronatalistyczną politykę socjalną. Krytycy becikowego znajdą jeszcze więcej powodów, żeby łączyć rodzicielstwo ze społecznymi patologiami. Politycy, którzy najwidoczniej uważają, że w naszym kraju nie sposób zdecydować się na dziecko inaczej niż w stanie alkoholowego zamroczenia, chętniej jeszcze będą powtarzać przed mikrofonami dowcipy typu: do becikowego jeszcze dziewięć miesięcy, a mnie już chce się pić. Jednocześnie pauperyzacja polskiej rodziny jest cały czas stymulowana systemem tak zwanych dodatków rodzinnych (notabene bardzo niskich) skierowanych tylko do najuboższych. Progi dochodowe, po przekroczeniu których dodatek nie przysługuje, ustanowione są na tak niskim poziomie, że skłaniają do unikania starań o wyższe zarobki czy nowe źródła dochodu. [srodtytul]Rządowy Janosik[/srodtytul] Rząd oszczędza co roku na tym, że zamraża progi. Od sześciu lat limit dochodu na osobę w rodzinie wynosi niezmiennie 504 zł. W każdym kolejnym roku dodatek otrzymuje nawet 500 tys. dzieci mniej niż poprzednio. Znamy przypadek rodziny, która straciła prawo do zasiłku, bo przekroczyła wymagany próg dochodowy o złotówkę. W innych krajach Europy dodatki na dzieci otrzymują wszyscy bez względu na zarobki. Ale w Polsce trzeba się bardzo pilnować, żeby nie wypaść z systemu. Obserwując rozwijanie tej polityki przez kolejne rządy, można pomyśleć, że rządzący lubią swoją rolę dobrego Janosika, któremu bardziej na rękę jest istnienie warstwy zależnych od jego wsparcia biedaków niż ich trwałe wzbogacenie. Oczywiście pomoc socjalna jest potrzebna, ale z polityką prorodzinną ma tyle wspólnego co demokracja socjalistyczna z demokracją. Prawda stara jak legendy o zbójnikach mówi, że aby dać biednym, trzeba najpierw złupić bogatych. I w tym wypadku zasada ta stosowana jest przez rząd na niekorzyść rodziców. Od dawna słychać zapowiedzi, że becikowe zostanie odebrane głównie rodzinom o dochodach ponad 1000 zł na osobę. Okazuje się więc, że w miarę zaciskania pasa coraz większe jest grono tych, których wskazuje się palcem jako bogatych (walka klas wciąż się zaostrza?). Problem w tym, że młodzi ludzie z jednym dzieckiem i 3 tys. złotych miesięcznie spłacają zwykle kredyt i po uregulowaniu rachunków mają do dyspozycji czasem mniej niż przewidziany w ustawie próg ubóstwa. Przy okazji powstanie kolejny mechanizm zniechęcający do podnoszenia statusu, skoro 1000 złotych dochodu na osobę powoduje wypadnięcie z łask państwa. [srodtytul]Zagadka wymierania[/srodtytul] Kolejne zapowiedzi rządu, zwłaszcza te z końca lipca, przekonują, że wkrótce nie będzie śladu po trzyletnim eksperymencie skromnego i być może przypadkowego, ale jednak, wspierania polskiej klasy średniej w podejmowaniu rodzicielstwa. Instrumenty takie jak zwrot podatku zachęcały do starań o wyższe zarobki, by móc jak najpełniej skorzystać z odliczenia. Zapowiedź jego likwidacji świadczy o tym, że rozwój demograficzny średniozamożnej części społeczeństwa nie jest priorytetem rządu. Przez ostatnie trzy lata można się było jeszcze łudzić, że te ułatwienia były sygnałem, iż państwo myśli, jak odciążyć tych, którzy dla wspólnego dobra podejmują trudy rodzicielstwa. Wsparcie rodziny jest przecież zapisane nawet w konstytucji. Jak pokazują ministerialne spoty o zapaści demograficznej, świadomość nadciągającej burzy jest jednak obecna, przynajmniej na obrzeżach rządu. Jeśli naprawdę brak pomysłów, co w tej sytuacji należałoby zrobić, to po naukę nie trzeba się wybierać daleko. Żeby się przekonać, jak wiele starań w utrzymaniu stabilnej struktury demograficznej społeczeństwa podejmują inni, wystarczy mała podróż po Europie. Można zobaczyć, jak Francuzom udało się przełamać kryzys i wypromować model rodziny 2+3, albo zaprosić na rozmowy ministra ds. rodziny z Niemiec, spytać Czechów, czy chwalą sobie czteroletni płatny urlop wychowawczy nawet dla studentek, albo Ukraińców, jak udało im się zachować wysokie zasiłki rodzinne mimo kryzysu. Można porównać, jaki procent PKB przeznaczają na politykę rodzinną inne państwa, a jaki Polska, i dlaczego najmniejszy. Wtedy będziemy już bliscy rozwiązania zagadki, dlaczego jesteśmy najszybciej wymierającym społeczeństwem w całej Unii. [i]Autorzy, rodzice piątki dzieci, są założycielami Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców ([link=http://]www.rzecznikrodzicow.pl[/link])[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL