Kolekcje

Świat docenił instalacje, Polacy są sceptyczni

Replika „Fontanny” Marcela Duchampa, Musée Maillol, Paryż
Rzeczpospolita
Wartość instalacji, wideoinstalacji czy fotografii będzie rosła szybciej niż tradycyjnej młodej sztuki. Polska zostaje jednak w tyle
Polski rynek sztuki przespał czas rewolucyjnych zmian, które zachodziły w latach 70. i 80. Właśnie wtedy w Europie Zachodniej i w USA słynni kolekcjonerzy i kuratorzy prestiżowych zbiorów zrozumieli, że bezpowrotnie skończył się czas dominacji tradycyjnych technik: malarstwa i rzeźby.
Dziś trudno sobie nawet wyobrazić ważne muzeum sztuki współczesnej bez instalacji, wideoinstalacji czy choćby fotografii w różnych mutacjach. Ale polscy kolekcjonerzy wciąż z dużym sceptycyzmem podchodzą do nowych środków wyrazu. Najczęściej podnoszą kwestię oryginalności dzieła. A przecież nigdy im nie przeszkadzało, gdy artyści powtarzali wielokrotnie ten sam motyw lub wręcz kopiowali własne prace. Przedmiotem dumy najznakomitszych kolekcjonerów, np. nieżyjącego już dr. Lecha Siudy (właściciel m.in. szkicu olejnego do słynnych „Chmur” Ferdynanda Ruszczyca), jest posiadanie autorskich wersji obrazów wiszących w muzeach. Właściciel jednej z sygnowanych i ściśle limitowanych odbitek fotografii lub kopii artystycznego filmu wideo również może czuć się jak członek superekskluzywnego klubu.
Nazwiska czołowych polskich twórców korzystających z nowych mediów, takich jak np. Natalia LL czy Jerzy Robakowski, znane są na całym świecie. Do tego grona ma szansę dołączyć wielu artystów młodego pokolenia. Prawdziwą gratką dla inwestora może być zakup za relatywnie nieduże kwoty (około 10 tys. zł) znakomitych prac Normana Leto czy grupy Sędzia Główny. Kolekcjonerzy młodej sztuki skoncentrowani na malarstwie za kilka lat zyskają sporo, ale znacznie mniej niż zwolennicy nowych mediów. Ciągle jeszcze można kupić dzieła fotograficzne Zdzisława Beksińskiego z wczesnego okresu twórczości. Wyceniane są znacznie niżej od prac graficznych, choć krytycy zgodnie podkreślają ich unikalny charakter. Pod każdym względem niezwykłe, duże fotografie Natalii LL kosztują około 40 tys. zł. Biorąc pod uwagę klasę artystki i jej pozycję w światowej sztuce, jest to ciągle niedużo. Obiekty sztuki oferują dziś czołowe polskie galerie. Szeroko nagłośniony w mediach był sukces Galerii Starmach na targach w Bazylei. Sprzedano tam instalację (osiem postaci, cztery ławki) z „Umarłej klasy” Tadeusza Kantora podobno za 400 tys. euro. Najdroższym dziełem polskiego artysty pozostaje cykl fotografii „Naziści” Piotra Uklańskiego; znalazł nabywcę za 568 tys. funtów. Warto wspomnieć, że niestrudzoną popularyzatorką nowych mediów jest Marta Kołakowska, właścicielka warszawskiej galerii Leto. Stale współpracuje m.in. z Wojtkiem Bąkowskim (autorem m.in. filmów rysowanych na taśmie), Maurycym Gomulickim (twórcą m.in. niezwykle charakterystycznych fotografii) czy Honzą Zamojskim (posługuje się m.in. techniką wypalania). [ramka][srodtytul]Ogromne znaczenie ma wielkość edycji[/srodtytul] Rozmowa z Hanną Wróblewską, zastępcą dyrektora warszawskiej Zachęty [b]Rz: Polscy kolekcjonerzy i inwestorzy ciągle nieufnie podchodzą do prac innych niż malarskie i rzeźbiarskie.[/b] Hanna Wróblewska: To wielki błąd. W świecie już od wielu lat prace takie stanowią ważny element rynku sztuki. Nie umiem sobie wyobrazić ważnych kolekcji lub muzeów specjalizujących się w sztuce współczesnej bez instalacji i wideo artu. [b]Wszystko zaczęło się od pisuaru.[/b] W 1917 r. Marcel Duchamp wystawił leżący pisuar, który nazwał „Fontanna”. Był to niewątpliwie najsłynniejszy ready-made w historii. Praca była sygnowana R. Mutt, czyli nazwiskiem producenta ceramiki łazienkowej. Nie wiadomo, co stało się z oryginalnym dziełem. W 1968 r. artysta zaprezentował limitowaną serię dziesięciu fontann. [b][link=http://www.rp.pl/artykul/381064.html]Zobacz całą rozmowę[/link][/b][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL