fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Polski Leonidas

Bloki betonu, które pozostały po schronie dowodzenia kpt. Raginisa na Górze Strękowej
Rzeczpospolita
Nocne niebo nad Wizną, w miejscu, gdzie Biebrza wpada do Narwi, rozświetlają rakiety, łuny pożarów i rozbłyski ognia artylerii. W pobliżu dogasających zgliszcz wsi Strękowa Góra, na nadnarwiańskiej skarpie, niemieckie czołgi otaczają pierścieniem wzgórze 126.
W widmowym świetle ich reflektorów widać poszczerbione pociskami żelbetowe ściany i pancerną kopułę polskiego schronu. Niemcy odkryli już, że w nim właśnie obrał swe stanowisko dowódca odcinka obronnego „Wizna”. Ale nie mogą wiedzieć, jak wie polska załoga, że kapitan Władysław Raginis i jego dowódca artylerii por. Stanisław Brykalski, po odprawie 3 września, złożyli przyrzeczenie, że obronią pozycję lub polegną.
Od samego początku – od chwili, kiedy w ostatnim tygodniu sierpnia kapitan Raginis ze swą 3 kompanią KOP z Sarn obsadził bunkry w rejonie Góry Strękowej, a parę dni później objął dowództwo całego odcinka – to drugie było o wiele bardziej prawdopodobne. Umocnienia odcinka „Wizna” strzec miały jedynego na odcinku 50 km mostu na Narwi i dróg prowadzących z Prus Wschodnich do Zambrowa i Białegostoku. Sześć schronów głównej linii bojowej, ciągnącej się na wschodnich krawędziach dolin Biebrzy i Narwi oraz lekkie bunkry i okopy wysuniętej na sam brzeg rzeki, naprzeciw miasteczka Wizna, czaty obsadziło 720 żołnierzy i oficerów. Jeszcze niedawno pozycja, broniona od zachodu przez szerokie na ok. 5 km mokradła w rzecznych dolinach – łącznie 11 tys. ha bagien – wydawała się trudna do zdobycia. Ale w lecie trzęsawiska wyschły i nie były już przeszkodą nawet dla wozów bojowych.
Pierwsze czołgi niemieckiej 10. Dywizji Pancernej docierają do Wizny przed wieczorem 7 września, ale nie udaje im się zdobyć wysadzonego na czas w powietrze przez polskich saperów mostu na Narwi. Przez cały następny dzień niemieckie natarcia załamują się pod ogniem polskiej artylerii i ckm. Tej nocy do Wizny przyjeżdża dowódca XIX Korpusu niemieckiego, prorok wojny błyskawicznej i autor słynnej książki „Achtung – Panzer!”, generał Heinz Guderian. Jego czołgi to zewnętrzne ramię kleszczy, które, nacierając na Brześć, mają zamknąć pierścień okrążenia wokół głównych sił polskich na wschód od Wisły. Ale teraz, już ponad dobę, dwie dywizje pancerne (3. i 10.), 20. Dywizja Zmotoryzowana i brygada forteczna „Lötzen” – łącznie 42 tys. żołnierzy i 350 czołgów – nie mogą przełamać oporu garstki Polaków. Następnego dnia, 9 września, Niemcy zmieniają taktykę, nasilają ataki lotnicze i starają się zniszczyć polskie schrony przy użyciu grup szturmowych i saperów wspieranych przez czołgi. Dopiero późnym popołudniem kolumny pancerne przełamują obronę i ruszają na Białystok. Dzięki opóźnieniu ich natarcia o dwie doby wielu polskim jednostkom udaje się uniknąć okrążenia. Pod Wizną bronią się jeszcze tylko dwie osamotnione reduty na Górze Strękowej. Ostrzeliwany niemal bez przerwy schron 126 pełen jest dymu i kurzu. Z braku czasu nie zainstalowano w nim wentylacji i żołnierze zaczynają się dusić. Ci w kopule pancernej mdleją zatruci gazami prochowymi. Ginie, trafiony zabłąkanym odłamkiem, porucznik Brykalski. Żołnierze z braku powietrza starają się nie ruszać i nie rozmawiają. Milczy i dowódca. Nigdy nie szukał rozgłosu, nie wysuwał się do pierwszych szeregów. A teraz los i własny wybór wyznaczył mu rolę Leonidasa w bitwie, która nazwana zostanie wkrótce po wrześniu – m.in. z powodu rzadko spotykanej dysproporcji sił – „polskimi Termopilami”. Wysoki, szczupły blondyn, urodzony w 1908 r. w Dyneburgu, zaraz po maturze w wileńskim gimnazjum wstąpił do Szkoły Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej. Zaciągający po kresowemu, nieśmiały, choć życzliwy ludziom, obowiązkowy. Szkołę podchorążych skończył ze średnimi wynikami, nieco tylko lepiej szło mu w szkole oficerskiej. O tym, że jego dowódcze zdolności zostały dostrzeżone i docenione, świadczy dopiero awans w 1939 r. na dowódcę kompanii w Korpusie Ochrony Pogranicza, służba w którym uważana była za wyróżnienie. O świcie niemiecki ostrzał znów się wzmaga. Ale załoga schronu 126 odpiera kolejne natarcia grup szturmowych. Po paru godzinach Niemcy stawiają ultimatum, grożą rozstrzelaniem wszystkim, którzy się natychmiast nie poddadzą. Dowódca żąda czasu na podjęcie decyzji – łudzi się jeszcze, że nadejdzie odsiecz. Zbliża się południe, gdy nakazuje swym żołnierzom opuścić schron. Ostatni wychodzi z niego szeregowiec Seweryn Biegański. Po latach wspomina: „kapitan spojrzał na mnie ciepło i łagodnie ponaglił. Gdy byłem już w wyjściu, uderzył mnie w plecy silny podmuch i usłyszałem wybuch”. Kapitan Władysław Raginis rozerwał się przyłożonym do piersi granatem. [i]Zygmunt Kosztyła, „Obrona Odcinka Wizna” Zygmunt Walter Janke, „Władysław Raginis”, WTK nr 42/1966[/i] [i]Grzegorz Łyś, dziennikarz „Rzeczpospolitej”, popularyzator nauki, autor m.in. licznych publikacji z zakresu turystyki historycznej[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA