fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady i opinie

Jednym z pięciu filarów unii energetycznej ma być dekarbonizacja gospodarki

Fotorzepa/Karol Zienkiewicz
W konkluzjach z posiedzenia Rady Europejskiej dotyczącego budowy unii energetycznej znalazł się zapis, że jednym z pięciu filarów unii będzie „dekarbonizacja gospodarki".

Sformułowanie to padło po raz pierwszy i oczywiście wywołało burzę polityczną. Najpierw poseł Krzysztof Szczerski nazwał dekarbonizację „śmiercią polskiego górnictwa", a chwilę potem polityk znacznie ważniejszy, bo Andrzej Duda, stwierdził, że „zniszczy ona Polskę i polski Śląsk". Skłoniło to premier Ewę Kopacz do bagatelizowania sprawy. Zapewniła ona, że „bezpieczeństwo energetyczne Polski jest oparte na węglu, a pojęcie »dekarbonizacja« zastosowane w konkluzjach szczytu UE dotyczy jedynie ograniczania emisji dwutlenku węgla do powietrza".

Wypowiedzi obu stron węglowego konfliktu są nieprawdziwe i szkodliwe. Przyczyniają się do rozpowszechniania nieuzasadnionego strachu bądź takich samych nadziei. Oczywiste jest to, że nikt w Polsce ani w Niemczech (ten kraj ma podobny do naszego wskaźnik pozyskiwania energii z węgla) z dnia na dzień nie zamknie kopalń (pomysł Sigmara Gabriela, wicekanclerza i ministra gospodarki Niemiec, aby zrezygnować z węgla jako źródła energii, spotkał się z reakcją polegającą na stukaniu się w czoło). Przypomnę, że budujemy dwa bloki węglowe w elektrowni Opole i prawdopodobnie zbudujemy dwa kolejne. Węgiel będzie zatem wykorzystywany, tyle że w mniejszej skali. Stopniowa dekarbonizacja musi się odbywać. Zresztą dzieje się to cały czas. Przecież z wydobycia wielkości 200 mln ton (w czasach Gierka) zeszliśmy do 135 mln ton w 1994 r., 76,5 mln ton w 2013 r. oraz 72,5 mln ton w 2014 r. I nie jest to koniec redukcji. Ubiegły rok zakończył się dalszym wzrostem zapasów węgla trudno zbywalnego (z 6,7 mln ton do 8,2 mln ton). Natomiast styczeń i luty tego roku przyniosły spadek wydobycia o ok. 10 proc.

Nie ma się co łudzić. Złote czasy dla węgla nie powrócą. Prognozy Międzynarodowej Agencji Energii przewidujące wzrost światowego popytu na węgiel mają raczej życzeniowy charakter. Zresztą ograniczają one prognozowany wzrost do Chin i Indii. Zakładają, że wzrośnie tam wykorzystanie surowca krajowego i najwyżej utrzyma się import węgla odkrywkowego z Australii. Jeśli chodzi o ceny, przewidywania też są mało optymistyczne. W najbliższych latach ceny mają się utrzymać na poziomie 60–70 dolarów za tonę. Jest to o jedną trzecią mniej, niż wynosi koszt wydobycia w Polsce (i tylko nieco mniej w porównaniu z kosztami importu węgla do Polski; jednak do importu z powodów pozaekonomicznych nie zachęcam).

Problemem zatem nie jest dekarbonizacja Polski, ale tempo i sposób jej przeprowadzenia. Można sformułować dwa oczywiste warunki: pierwszy to racjonalność ekonomiczna, drugi – utrzymanie pokoju społecznego. Cały proces może być bowiem utrudniony, a jego koszty mocno podniesione w wyniku ostrych protestów społecznych (przecież w lutym na Śląsku o mało nie doszło do wojny domowej, zamieszki w Jastrzębiu były jej zwiastunem).

Dlatego nad sensownym programem dekarbonizacji powinni pracować wszyscy. Nie należy natomiast podgrzewać atmosfery, strasząc górników lub składając im nierealistyczne obietnice. W krótkim okresie może to przynieść korzyści polityczno-wyborcze, ale w dłuższym czasie może okazać się zabójcze dla „przyjaciół górnictwa".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA