fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Kreml nie potrzebuje prorosyjskiej partii w Polsce

Filip Memches
Fotorzepa/Waldemar Kompała
Polityka wschodnia. Czy PO i PSL podzieliły się rolami?

Powstanie partii Zmiana stało się okazją do rozważań nad znaczeniem środowisk prokremlowskich w Polsce. Przypomnijmy, to nowe ugrupowanie kontestuje politykę zagraniczną III RP, której znakiem rozpoznawczym pozostaje zwrot w kierunku zachodnim, zwieńczony wstąpieniem do NATO i Unii Europejskiej. Tymczasem Zmiana opowiada się – w skrócie rzecz ujmując – za zerwaniem więzi łączących Stary Kontynent z USA i zbliżeniem UE z Rosją.

Formacja pod przewodnictwem byłego posła Samoobrony Mateusza Piskorskiego jest na razie bytem marginalnym, niemniej biorąc pod uwagę właśnie taką jej pozycję na polskiej scenie politycznej, trzeba przyznać, że już zrobiło się o niej głośno. Stało się tak za sprawą przede wszystkim działalności lidera Zmiany. Piskorski bryluje w rosyjskiej anglojęzycznej telewizji Russia Today, która jest tubą kremlowskiej propagandy w skali międzynarodowej. Polityk ten uważa aneksję Krymu za prawomocną (był zresztą obserwatorem „referendum" na półwyspie), a na zjazd założycielski swojej partii zaprosił separatystów z Donbasu.

Zmiana okazuje się więc czarnym charakterem polskiego życia politycznego. Można odnieść wrażenie, że jej przewodniczący – w czasach studenckich wydawca zinów popularyzujących nacjonalizm neopogański – znakomicie się czuje jako bad guy, który zbiera zewsząd cięgi. To w wymiarze wizerunkowym postawa antysystemowa, będąca magnesem i dla skrajnej lewicy, i dla skrajnej prawicy.

W kręgu podejrzeń

A co konkretnie przyciąga? Nic nowego: oskarżenia pod adresem USA o to, że chcą być żandarmem świata, czyli z jednej strony – podporządkować sobie politycznie inne kraje, a z drugiej – sterować globalizacją w taki sposób, aby większość ludzkości stała się rezerwuarem taniej siły roboczej dla amerykańskich koncernów. W tej opowieści pozytywną rolę odgrywają Rosja, Chiny, Iran, Syria czy Wenezuela jako oazy prawdziwej demokracji i zarazem państwa, które występują przeciwko hegemonii Waszyngtonu, krwiożerczemu, bezdusznemu kapitalizmowi i zgniłym liberalnym pseudowartościom.

Taka wizja rzeczywistości, nie przypadkiem kojarząca się z argumentami wysuwanymi w okresie zimnej wojny przez ZSRR i jego użytecznych idiotów na Zachodzie, wyłania się nie tylko z wypowiedzi działaczy Zmiany. Można się z nią spotkać na przykład w niszowych mediach, jak odwołujący się do dziedzictwa endecji tygodnik „Myśl Polska" czy serwis Konserwatyzm.pl.

Trudno przedsięwzięciu Piskorskiego i podobnym zjawiskom wróżyć jednak powodzenie, i to bynajmniej nie tylko dlatego, że stanowią one swoistą polityczną kontrkulturę. Chodzi o to, że „partia moskiewska" w Polsce jest zbędna dla samego Kremla. Rosyjska polityka zagraniczna to bowiem domena ludzi, którzy kierują się głównie pragmatyzmem, a więc uwzględniają polskie realia. A te są takie, że ugrupowanie jawnie postulujące sojusz z Moskwą przeciwko Waszyngtonowi musi ciągle pozostawać w kręgu podejrzeń.

I nie chodzi tu bynajmniej tylko o inwigilację ze strony ABW. Trzeba się przecież liczyć z opinią publiczną. Polacy mogą nie chcieć się angażować w pomoc Ukrainie, ale opcję prokremlowską wciąż w ich oczach łatwo zdezawuować jako synonim targowicy.

Politycy Platformy będą trąbić o zagrożeniu rosyjskim, ale nie wychylą się przed szereg

Dlatego w polu zainteresowania Moskwy jest nad Wisłą polityczny mainstream. Można go sprowadzić właściwie do czterech graczy: Platformy Obywatelskiej, PiS, SLD i PSL. PO i formacja Jarosława Kaczyńskiego występują jako zdecydowani krytycy Kremla – co zresztą, jeśli chodzi o partię rządzącą, jest efektem istotnego zwrotu, bo przecież jeszcze parę lat temu jej czołowi politycy mieli wobec Moskwy złudzenia, czego wyrazem było oddanie przez Polskę śledztwa smoleńskiego stronie rosyjskiej.

Koalicja nie chce upadku rządu

Natomiast postkomuniści i ludowcy apelują o studzenie antyputinowskich nastrojów. W przypadku PSL wybrzmiewa szczególnie troska o interesy rolników i przedsiębiorców, którzy mogą być stratni w rezultacie sankcji nałożonych przez Unię Europejską na Rosję (chodzi tu zwłaszcza o rosyjskie embargo na polską żywność).

Nie zapominajmy jednak, że Platforma i PSL tworzą koalicję rządową. Nawet jeśli występują w jej obrębie różnice – także dotyczące polityki wschodniej – to politycy tych dwóch ugrupowań dbają o to, żeby z tego powodu ona się nie rozpadła.

Być może zatem PO i ludowcy próbują wspólnie zagospodarować rozmaite elektoraty. Platforma bije się o głosy entuzjastów Majdanu i zwolenników asertywnego kursu wobec Moskwy, PSL zaś ubiega się o poparcie Polaków sceptycznie nastawionych wobec traktowania Kijowa jak sojusznika i uważających, że z Kremlem nie należy zadzierać.

Można to zauważyć w obecnej kampanii do wyborów prezydenckich. Bronisław Komorowski postanowił uczcić 70. rocznicę zakończenia drugiej wojny światowej 8 maja na Westerplatte. W sukurs pospieszył mu Grzegorz Schetyna. Zapytany na antenie stacji RMF FM o to, czy obchody w Polsce nie będą postrzegane jako alternatywa dla moskiewskich obchodów 9 maja, szef polskiego MSZ odpowiedział, że stolica Rosji to miejsce, gdzie wojna się zaczęła (była to aluzja do paktu Ribbentrop–Mołotow). Wypowiedź Schetyny rozjuszyła rosyjską opinię publiczną. Wcześniej polityk ten wywołał jej oburzenie stwierdzeniem, że obóz w Oświęcimiu wyzwalali Ukraińcy.

Moskwa będzie zadowolona

Z kolei Adam Jarubas skrytykował PO i PiS za to, w jaki sposób ugościły w Warszawie Viktora Orbana. Kandydat PSL oświadczył, że czuje się zażenowany tym, iż czołowi politycy tych formacji, mniej lub bardziej otwartymi komunikatami, wygarnęli węgierskiemu premierowi zbliżenie z Kremlem i lekceważenie dla Ukrainy w sytuacji, gdy toczy ona dramatyczny bój ze wspieranymi przez Moskwę rebeliantami.

Jeśli jednak bliżej przyjrzymy się konkretnym działaniom obozu władzy, to się okaże, że właściwie nie podejmuje on żadnych kroków, które wykraczałyby poza unijne decyzje wobec Rosji. Ostre antyrosyjskie wypowiedzi takich polityków jak Grzegorz Schetyna czy doradca prezydenta do spraw międzynarodowych Roman Kuźniar to jedynie widowisko. Polska nie prowadzi żadnej aktywnej polityki wschodniej, czego dowodem jest chociażby brak jej przedstawicieli w międzynarodowych negocjacjach dotyczących Ukrainy. A przecież jako adwokat Kijowa powinna była ona aspirować do udziału w nich. Tego jednak nie było widać.

Rosja więc doskonale się obywa bez Zmiany i innych takich środowisk, chociaż mogą się one jej przydać jako źródła urabiania polskiej opinii publicznej. Jeśli zaś chodzi o politykę państwa, zadowalające jest zachowanie polskiego politycznego mainstreamu. Politycy PO mogą w warstwie propagandowej dużo trąbić o zagrożeniu rosyjskim i konieczności niesienia pomocy Ukrainie, ale w tej kwestii nie wychodzą przed szereg i nie wykazują się inicjatywą. Moskwa będzie z nich zadowolona.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA