Historia

Wielka granda

Wojna Saladyna szturmują Jerozolimę we wrześniu 1187 r., miniatura francuska, ok. 1400 r.
AKG/East News
Saladyn, wódz całkiem przeciętny, był fajnym facetem. Po bitwie zachował się w sposób znamionujący autentycznego dżentelmena. Zamiast pozbawić głowy Lusignana, którego miał w niewoli, czynił mu dworskie karesy
To była prawdziwa granda, bardziej kretyńską operację wojskową trudno sobie wyobrazić. To, co nawyprawiał głupi Gwidon de Lusignan, wołało o pomstę do nieba. Toteż przyszła – w formie totalnej katastrofy. Przy okazji przypomnijmy sobie, że pierwsi krzyżowcy lali muzułmanów, jak chcieli, co do perfekcji doprowadził Baldwin nr 1. I długo tak było, aż do pierwszej spektakularnej klęski na Ager Sanguinis, gdzie pyszny Roger z Antiochii przegrał na własne życzenie.
Ale to fiume przy grandzie hittińskiej. Żeby jeszcze Saladyn był jakimś mistrzem sztuki wojennej, ale gdzie tam. W 1177 roku młodziutki Baldwin IV kompletnie ośmieszył go w batalii pod Montgisard, kiedy cała armia Saladyna uciekała w popłochu niczym zające. Dodajmy, że trędowaty król jerozolimski był w stanie półpłynnym – chyba dolewali go do zbroi. Już po Hittin zaś angielski władca Ryszard Lwie Serce dobrze przyłożył Saladynowi w bitwie pod Arsuf. Wszystko to wyznacza miarę militarnego skandalu, jaki zafundował sobie i podkomendnym Gwidon de Lusignan. Kiedy już przyszło co do czego, rycerstwo krzyżowe biło się fantastycznie, wprost bohatersko. Poucza nas o tym słynna konwersacja Saladyna z synem: ojciec cały czas targał brodę i napominał potomka, że krzyżowcy w swym desperackim męstwie są całkiem nieobliczalni. Niemal do końca nie był pewien sukcesu – dopiero kiedy zwalił się królewski namiot, wzniósł ręce do islamskiego Boga w geście triumfu.Uwaga dość istotna dla naszych czasów: Saladyn, jednoczyciel muzułmanów, pogromca łacinników, był Kurdem. Ciekawe, czy pamiętają o tym wyznawcy dzisiejszego wojującego islamu. Ponadto tenże Saladyn, wódz całkiem przeciętny, był fajnym facetem. Po bitwie zachował się w sposób znamionujący autentycznego dżentelmena. Zamiast pozbawić głowy Lusignana, którego miał w niewoli, czynił mu dworskie karesy: „król nie zabija króla”. I pewnie jedli ciastka i inne frykasy. Prawda, że własnoręcznie ściął Renalda de Chatilion, ale był to taki łobuz, że nawet św. Franciszek by nie wytrzymał.
Niemniej idiotyczna klęska pod Hittin wcale nie położyła kresu krzyżowej epopei. Zastanawiam się, kto był ostatnim krzyżowcem: Władysław Warneńczyk, Jan III Sobieski? Grunt, że Polak.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL