fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory we Francji

Emmanuel Macron - sukces niezwykłej kampanii wyborczej

Uprawnionych do głosowania było 47 milionów Francuzów. Wyjątkowo wielu nie poszło do urn lub oddało nieważny głos.
AFP
Emmanuel Macron wieńczy sukcesem najbardziej niezwykłą kampanię wyborczą V Republiki.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zmobilizowało w niedzielę 50 tys. policjantów i żandarmów, do których dołączyło przeszło 7 tys. wojskowych. Mieli zabezpieczyć potencjalne cele ataków terrorystycznych, w tym wszystkie punkty wyborcze w Paryżu. A jednak kilka minut po 14 trzeba było pilnie ewakuować Luwr: miejsce, które Macron wybrał, aby świętować zwycięstwo w niedzielny wieczór. Powód: podejrzana paczka, którą uznano za potencjalny ładunek wybuchowy.

Atak terrorystyczny mógł w ostatniej chwili zwiększyć poparcie dla Marine Le Pen, która obiecywała, że „radykalnie rozprawi się z Państwem Islamskim", m.in. całkowicie wstrzymując imigrację i deportując poza granice kraju wszystkich podejrzanych o radykalizm islamskich.

Ale to nie była jedyna próba wsparcia niedemokratycznymi metodami Le Pen. Zgodnie z prawem od północy w piątek obowiązywała we Francji cisza wyborcza. A jednak w sobotę i niedzielę media społecznościowe huczały od przecieków ze skrzynek e-mailowych sztabu Macrona, w tym pogłosek, że kandydat En Marche! wyprowadził poważne środki do rajów podatkowych.

Wszystko zaczęło się kilka minut przed północą w piątek. Lider ruchu En Marche! zdążył tuż przed wejściem w życie zakazu wypowiedzi ostrzec, że do sieci przedostały się dokumenty autentyczne pomieszane z podróbkami. Tropy, podobnie jak to było w amerykańskich wyborach prezydenckich, wiodą do Rosji: w jednym z dokumentów wykorzystano rosyjską wersję Excela, inny edytował niejaki Roszka Georgij Pietrowicz, specjalista zatrudniony w moskiewskiej firmie technologicznej Eureka CJSC. Ale w błyskawicznym rozprowadzeniu materiałów kluczową rolę odegrały skrajnie prawicowe portale w USA, które wcześniej popierały kampanię Donalda Trumpa.

Sama Le Pen oddała głos w miejscowości Henin-Beaumont przy granicy z Belgią, gdzie upadek zakładów przemysłowych doprowadził do rekordowego bezrobocia. To miał być jeszcze jeden sygnał, że kandydatka skrajnej prawicy występuje w obronie „ludu" przeciwko ekscesom „niekontrolowanej globalizacji", którą miałby reprezentować Macron (ten ostatni głosował zresztą w modnym kurorcie morskim Le Touquet nad Kanałem La Manche, gdzie ma dom). Ale ten manewr nie do końca się udał: gdy Le Pen wchodziła do lokalu wyborczego, cztery działaczki Femenu toples wdarły się na dach miejscowego kościoła i rozwinęły ogromny napis: „Marine au pouvoir, Marianne au desespoir" (Marine u władzy, Marianna w rozpaczy).

Nigdy wcześniej w wieczór wyborczy nowy prezydent nie świętował zwycięstwa na dziedzińcu Luwru. Macron zdecydował się na taki wariant po długim namyśle. Uznał, że plac Zgody zbytnio kojarzy się z prawicą: to tu w 1995 r. wiec zwycięstwa zwołał Jacques Chirac, a w 2007 Nicolas Sarkozy. Ale lider En Marche! wykluczył też plac Bastylii lub plac Republiki, emblematyczne miejsca „robotniczego Paryża", gdzie François Mitterrand w 1981 r. świętował zdobycie po raz pierwszy w V Republice dla lewicy Pałacu Elizejskiego. Macron chciał pokazać, że choć odcina się od skompromitowanej ekipy socjalistów (mimo że był ministrem gospodarki u François Hollande'a), nie jest też na pasku prawicy, wielkiego biznesu i finansjery (choć sam był menedżerem w banku Rothschilda).

– To były wybory, w których stanęły naprzeciwko siebie elity i klasy uboższe, żeby nie powiedzieć – oligarchia i lud. A trudno znaleźć kandydata, który bardziej należy do establishmentu niż Macron. Dlatego musi starannie ukrywać swoje pochodzenie – mówi „Rz" Jean-Thomas Lesueur, ekspert paryskiego liberalnego instytutu Thomasa More'a.

Macron nie zdobył zresztą Pałacu Elizejskiego na fali powszechnego entuzjazmu. O godzinie 17 do urn poszło tylko 65 proc. uprawnionych, o wiele mniej niż niemal 72 proc. w 2012 r. i 75,1 proc. w 21007 r. Ankieterzy spodziewali się zaś, że wśród tych, którzy pofatygowali się do urn, wielu odda głos nieważny.

Jednym z powodów takiej apatii było to, że do końca lider radykalnej lewicy Jean-Luc Mélenchon nie wezwał 6 milionów swoich zwolenników do głosowania na przywódcę ruchu En Marche!, a prawie 40 proc. zwolenników kandydata Republikanów François Fillona zapowiadało, że odda głos na Le Pen.

– Spodziewam się, że nawet 40 proc. wyborców albo nie pójdzie głosować, albo odda nieważny głos. A wielu pozostałych poprze Macrona nie z uwagi na jego program, tylko aby zablokować Marine Le Pen – uznał Lesueur.

Aby dodatkowo nie zniechęcać swoich zwolenników, Macron nie ujawnił, kto będzie jego premierem, choć szefa rządu musi wskazać już w tym tygodniu. Zdaniem Lesueura jedna z pogłosek mówi o dyrektor generalnej MFW Christine Lagarde, które wielu lewicowym wyborcom kojarzy się z drastycznymi programami oszczędnościowymi i aferami korupcyjnymi. Ale na liście potencjalnych premierów pojawia się także dotychczasowy minister obrony Jean-Yves Le Drian, deputowany Partii Socjalistycznej, który przeforsował w parlamencie reformę rynku pracy Macrona, Richard Ferrand czy lider centrystów François Bayrou, trzykrotny kandydat na prezydenta. A więc nie politycy, którzy byliby symbolami prawdziwej odnowy.

Ale ta kampania od początku była inna niż wszystkie. Zaczęła się od rezygnacji 1 grudnia ub.r. Hollande'a z ubiegania się o reelekcję, czego nie zrobił żaden z jego poprzedników. 24 stycznia tygodnik satyryczny „Le Canard Enchainé" ujawnił z kolei, że kandydat Republikanów, do tego momentu absolutny faworyt, Francois Fillon opłacał przez dziesięciolecia z funduszy publicznych żonę za fikcyjne etaty. To utopiło jego kandydaturę. Zaraz potem w sondażach niespodziewanie poszybował lider radykalnej lewicy Jean-Luc Mélenchon, spychając na margines kandydata Partii Socjalistycznej Benoît Hamona. Po raz pierwszy w V Republice do drugiej tury nie przeszedł więc kandydat żadnej z dwóch głównych partii kraju. Pytanie, czy teraz dotychczasowy establishment nie wróci tylnymi drzwiami. ©?

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: jedrzej.bielecki@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA