Wybory samorządowe 2018

Krzysztof Łapiński: Fakty są takie - PiS ma problem

tv.rp.pl
- PiS powinno zadać sobie pytanie jakie emocje wywołało, że wyborcy idą gremialnie głosować - mówił w #RZECZoPOLITYCE były poseł PiS i były rzecznik prezydenta Andrzeja Dudy, Krzysztof Łapiński.

Michał Kolanko: Dzień doby, Michał Kolanko. Zaczynamy #RzeczoPolityce, jest z nami Krzysztof Łapiński, były rzecznik prezydenta Andrzeja Dudy, teraz PR-owiec - agencja Timing.

Krzysztof Łapiński: Dzień dobry.

Jaki jest pana główny wniosek po zakończonych wyborach?

Wniosków jest kilka, ten z sprzed 2 tygodni - Prawo i Sprawiedliwość osiągnęło dobry wynik w wyborach do sejmików i uda się go skonsumować, bo będzie rządzić w 6 sejmikach. Jest postęp, bo wcześniej rządziło tylko w jednym sejmiku. Dochodzą jeszcze 2 czy 3 sejmiki, gdzie rozmowy się toczą, więc po tym kątem PiS może powiedzieć, że to były udane wybory. PiS wygrało w 150 powiatach, oznacza to, że jakoś osadzi się w Polsce samorządowej. Dużym wyzwaniem dla PiS są miasta i - jak widzieliśmy wczoraj - to nie tylko duże miasta, ale też miasta średniej wielkości. PiS poniosło wczoraj porażkę w wielu miastach 100-tysięcznych. Nie można powiedzieć, że to są duże miasta, to są średnie miasta. Wcześniej w tych miastach PiS wygrywało, a w kilku utraciło władzę.

 

Wyniki wyborów samorządowych można znaleźć tutaj

Jaki jest pana wniosek, jeśli chodzi o przyczyny porażek w średnich miastach?

Trudno stwierdzić jednoznacznie, dlatego, że tam startowali różni kandydaci poszczególni ludzie. To jest kwestia tego, jacy to byli kandydaci, czy byli wystarczająco mocni, czy prowadzili kampanię. Zbyt dużo zmiennych, żeby to jednoznacznie określić. To co się przebija z większości miast, to wysoka frekwencja w drugiej turze, która działała na korzyść kontrkandydatów PiS. PiS powinno zadać sobie pytanie jakie emocje wywołało, że wyborcy idą gremialnie głosować. Ta frekwencja jest dużo wyższa niż w poprzednich wyborach 4 lata temu, czy to w pierwszej czy w drugiej turze, i to najczęściej nie służy PiS-owi. Trochę casus z 2007 roku, kiedy PiS osiągnęło dobry rezultat w wyborach parlamentarnych, poprawiło wynik i w liczbach procentowych i bezwzględnych, a przegrało - bo była ogromna frekwencja i działało to na rzecz Platformy.

Emocje wśród elektoratu anty-Pis utrzymają się przez najbliższy rok? Wybory europejskie już za ponad pół roku, wybory parlamentarne za rok.

To zależy czy PiS będzie potrafiło obniżyć temperaturę sporów, bo znaczna część wyborców szła głosować na anty-Pis, ponieważ została wybudzona tym, że są obawy przed Polexitem, widzi, że jest dużo konfliktów i to podbija emocje. Kiedy nie ma tak silnych sporów, mocnych wojen politycznych, to część wyborców żyje swoim życiem, jest spokojna i nie interesuje się tak mocno polityką. Może nie iść na wybory. Jeśli PiS chce sobie odpowiedzieć na pytanie – „co się stało?”, to powinno zamówić solidną diagnozę, nie tyle badania takie, jakie się robi na tysiąc osób, tylko solidną diagnozę – „dlaczego w miastach, PiS przegrywa”. W niektórych utraciło władzę np. w Ostrołęce, Białej Podlaskiej, w niektórych przegrało sromotnie, np. Elbląg czy Szczecin - te porażki są ogromne.

W Przemyślu wygrywa kandydat Kukiz15 z kandydatem PiS. Myśli pan, że to jest przykład myślenia „ktokolwiek tylko nie PiS”?

Pamiętajmy, że ta dogrywka była w kilkudziesięciu miastach i w każdym ta sytuacja mogła być trochę inna. Ciekawe jest to, że właśnie w Przemyślu, w mieście na Podkarpaciu, które PiS tradycyjnie uważa za swój bastion, wygraną pana posła z ruchu Kukiz15 z kandydatem Pis była dość znacząca. Trudno mi powiedzieć jakie były przesłanki, może on był popularny, miał świetną kampanię. Pamiętajmy, że to się czasami rozgrywa lokalnie, może też część wyborców poszła głosować na anty-Pis. To jest ostrzeżenie dla PiS-u.

Oprócz tej matematyki, liczb, procentów, frekwencji - liczy się psychologia. Czy myśli pan, że wczoraj i dwa tygodnie temu, był jakiś psychologiczny przełom na korzyść opozycji?

Nie. Pamiętajmy o tym, że opozycja oczywiście będzie się chwalić tym, że PiS przegrało tu, tu i tu, a w wielu miastach to nie jest tak, że wygrała KO, tylko wygrał lokalny komitet. PiS przegrało w niektórych miastach z kandydatem opozycji wspólnym, ale w wielu miastach to byli kandydaci którzy byli tam popularni. To jest specyfika lokalności, że ludzie patrzą na tych których znają, obserwują jaka była kampania. W ostatnich 2 tygodniach kampanii PiS-u nie było za bardzo widać.

Jeździł po kraju prezes Jarosław Kaczyński i mówił, że trzeba skończyć z wojną, a totalna opozycja nie pozwala na koniec tej wojny i chyba to też nie zadziałało.

Być może było za mało czasu, wiadomo że taki ruch, takie przesłanie, jeśli ono jest na ostatnie 10 dni kampanii, zwyczajnie do wyborców zwyczajnie nie trafi, nie wszyscy o nim usłyszą. Takie działania trzeba robić kilka miesięcy wcześniej. Teraz PiS ma rok na to, by dokonać zmian.

Zaczyna się kolejny tydzień na Nowogrodzkiej, co prezes Kaczyński może teraz zrobić?

Część posłów i działaczy będzie sobie pewne rzeczy racjonalizować i tłumaczyć, wykazywać się urzędowym optymizmem, że w dużych miastach tylko 15% mieszka Polaków, ale trzeba powiedzieć, że mówimy też o średnich miastach i można mówić, że w nich mieszka już połowa Polaków. Wytrawniejsi politycy, w tym prezes Kaczyński, będzie uważał ten wynik w drugich turach za pewne ostrzeżenie i będzie wiedział, że optymizm nie zastąpi faktów. A fakty są takie, że PiS ma pewien problem, jeśli chodzi o dotarcie do elektoratu wielkomiejskiego i elektoratu z miast średnich. Elektoratu aspirującego, dla którego pewną kategorią w wybieraniu kandydata, jest kategoria czy jest „obciachowy” czy nie. To może wydawać się dla nas dziwne i zupełnie nie racjonalne, ale jest część wyborców dla których ta kwestia jest ważna i pod wpływem tego, czy ta partia jest obciachowa podejmuje decyzję.

W 2007 PiS też stał się obciachowy, przez między innymi dlatego przegrał. W 2015 prezydent Komorowski w jakimś sensie stał się obciachowy.

Dlatego mówię: dla wielu wyborców ta kategoria jest ważna i nie można jej lekceważyć. W 2007 roku Platforma bardzo dobrze się wstrzeliła z kampanią, plakaty "Rządzi PiS, a Polakom wstyd". Trochę mroczna propaganda, bo te bilbordy były w takiej stylizacji utrzymane, ale przeprowadzono głębokie badania, z których wynikało, że taka kampania dociera do wyborców i działa. Co wytrawniejsi politycy w PiS, którzy pamiętają kampanię sprzed 11 lat, teraz sobie o tym przypomną i będą się zastanawiali jak uniknąć tego, co się wydarzyło 11 lat temu.

Nie ma pan wrażenia, że po kampanii w 2018 roku można postawić wniosek, że nie wróciła do PiS spójność? Wróciło to, co kiedyś było zmorą sztabów PiS, czego nie było w 2015, czyli chaos decyzyjny, brak koordynacji.

W każdej kampanii był jeden przekaz i jeden ośrodek decyzyjny, który tworzy tą kampanie. W 2015 roku te zwycięstwa były możliwe, dwa zwycięstwa w wyborach prezydenckich i parlamentarnych między innymi też dlatego, że był jeden przekaz jeden sztab, jeden ośrodek decyzyjny. Jeśli rzeczywiście tak było, że teraz były problemy komunikacyjne czy różne przekazy, to nie służy to kampanii, a proszę pamiętać, że PiS jest od trzech lat partią rządzącą, zazwyczaj taka partia powinna dostawać premie za rządzenie. Zwłaszcza, że jest dobra sytuacja gospodarcza, zwłaszcza że poszły duże transfery społeczne 500+, obniżenie wieku emerytalnego i to powinno naturalnie działać na korzyść PiS. Ludzie powinni powiedzieć - spełnili obietnice, sytuacja gospodarcza obiektywnie jest dobra, bezrobocie jest na poziomie rekordowo niskim. Były przewidywania, że PiS osiągnie nawet 40%, więc nie było tej premii, że jest się partią rządzącą.

Pozycja premiera Morawieckiego po tych wyborach się wzmocni czy osłabnie?

Jeśli chodzi o tą kampanię to premier Morawiecki zapunktował, chociażby dlatego, że pokazał elektoratowi PiS, władzom, prezesowi, że potrafi udźwignąć kampanię w wymiarze fizycznym. Jeśli chodzi o perspektywę następnych wyborów, to był test czy premier Morawiecki potrafi znieść kampanię jako urzędujący premier, a więc mający swoje liczne obowiązki, także pod tym kątem czy potrafi pojechać w 2-3 miejsca dziennie. Potrafił to zrobić, obliczono, że w tej kampanii był w około 200 miejscach na 200 spotkaniach i jest to sygnał dla prezesa PiS, że premier Morawiecki jest osobą, która może pociągnąć kampanię, nie boi się ciężkiej pracy. Premier zdał egzamin i będzie dobrze oceniany przez swoją aktywność, a to nie była kampania parlamentarna, to nie była kampania Mateusza Morawieckiego, on nie startował, tylko wspierał kandydatów PiS. Wynik w sejmikach jest w dużej mierze zasługą aktywności premiera.

Myśli pan, że on będzie twarzą kampanii w przyszłym roku?

Jeśli tę kampanię traktować jako test czy premier podoła jej, czy będzie w stanie nawiązać kontakt z publicznością, to udowodnił, że tak. Oczywiście różne wydarzenia polityczne mogą się stać, na tą chwile trudno sobie wyobrazić, żeby zaszły zmiany na tej funkcji.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL