fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koszykówka

Przemysław Karnowski wkrótce może trafić do NBA

AFP
Polski koszykarz, który zdobył już uznanie w USA i wkrótce może trafić do NBA.

Rzeczpospolita: Po zakończeniu akademickiej ligi w USA opuścił pan Uniwersytet Gonzaga. Co się teraz z panem dzieje?

Przemysław Karnowski: Dzieje się bardzo dużo, bo przede mną draft do NBA. Teraz wszystko jest podporządkowane temu wydarzeniu. Było lekkie zamieszanie, ale wreszcie przeniosłem się do Los Angeles i rozpocząłem treningi, które mają mnie przygotować do draftu. Trenujemy zazwyczaj dwa razy dziennie, w sobotę mam jedne zajęcia, a w niedzielę wolne. Pracy jest sporo.

Długo myślał pan nad wyborem agencji, która będzie pana reprezentowała...

Zdecydowałem się na dużą agencję Wasserman, która reprezentuje wielu świetnych zawodników, m.in. Anthony'ego Davisa, Draymonda Greena z Golden State Warriors czy Tyreke'a Evansa. Zadecydowało to, jaki miałem kontakt z ludźmi, jak mogłaby wyglądać współpraca z agentem. Pytałem też ludzi zorientowanych w świecie NBA, którą ofertę wybrać. Przemyślałem wszystko starannie.

Treningi w Los Angeles – czy to znaczy, że jest pan blisko Clippers albo Lakers?

Niestety, nie świadczy to o tym, że jestem choćby o krok bliżej któregoś z tych klubów. Każdy, kto podpisał umowę z agencją, ma tutaj swoją bazę. Mieszkamy w apartamencie, razem się przygotowujemy.

Jak wyglądają te przygotowania?

Rano mam siłownię i trening koszykarski. Po południu już tylko trening koszykarski. Ponieważ jest nas tutaj kilku, gramy też jeden na jednego, by ćwiczyć zagrania przeciwko wysokim rywalom, dwóch na dwóch albo trzech na trzech. Na pewno muszę popracować nad ciałem i nad tym teraz jesteśmy skupieni. Przechodzę na dietę, muszę po prostu lepiej wyglądać, bo na razie jestem za duży.

Finały ligi akademickiej NCAA oglądają miliony ludzi w USA. Było też zdjęcie na okładce „Sports Illustrated". Już jest pan gwiazdą...

Jeszcze nie, ale wielu ludzi mnie rozpoznaje. Jestem charakterystyczny: duży gość, który w dodatku ma długą brodę, łatwo rzucam się w oczy. Pojawienie się na okładce „Sports Illustrated" było czymś szczególnym. Podobno jestem pierwszym Polakiem, któremu to się udało.

Finał NCAA, rekord zwycięstw w lidze akademickiej czy Nagroda im. Kareema Abdul-Jabbara dla najlepszego środkowego – które z tych osiągnięć ceni pan najwyżej?

Myślę, że najbardziej znaczący jest finał NCAA, tym bardziej że to osiągnięcie drużynowe. Zainteresowanie, które mu towarzyszy, pokazuje, jak wysoki to jest poziom i jak trudno się dostać do następnej rundy. Byliśmy o krok od zwycięstwa. Ten mecz na zawsze zostanie mi w pamięci.

Pana broda też zyskała popularność, ma nawet swój profil na Twitterze. Jak wpadł pan na pomysł takiej zmiany w wyglądzie?

Tak jakoś samo wyszło przy okazji mojej kontuzji i operacji. Nie mogłem iść do fryzjera, nie mogłem się ogolić, byłem trochę uziemiony i powoli zacząłem zarastać. Broda sobie rosła i rosła, i wydawało mi się, że dobrze to wygląda. Chciałem, by tak zostało też w następnym sezonie. Cieszę się, że zmiana wyglądu została tak pozytywnie przyjęta. Wiele się teraz dzieje w moim życiu, ale broda znosi to całkiem dobrze. (śmiech)

Zdjęcie z Kobe Bryantem też nie każdy ma. Jak do tego doszło?

To jest fajna historia. Mieliśmy spotkanie w trakcie fazy Final Four. Siedzieliśmy w pokoju i oglądaliśmy wideo. Nagle, po rozmowie z trenerem, wchodzi Kobe i wtedy wszyscy oszaleli. Wiadomo, kim jest Bryant i jakim respektem się cieszy w USA, jak ludzie go doceniają. Mieliśmy okazję nawet chwilę porozmawiać. To zresztą nie jest jedyna gwiazda NBA, którą spotkałem. Kiedy byliśmy w San Jose, podczas fazy Sweet Sixteen, do której awansuje 16 najlepszych drużyn akademickich, poznałem Chrisa Webbera, który był jednym z komentatorów. Jest naprawdę fajnym gościem, zawsze uśmiechniętym.

Cieniem na pana szansach na NBA może się kłaść poważna kontuzja pleców, którą odniósł pan w zeszłym roku...

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA