Z roku na rok rośnie liczba sędziów, którzy odchodzą z zawodu. Dowód? Statystyki Ministerstwa Sprawiedliwości. Jeszcze w 2014 r. zrezygnowało z orzekania 174 sędziów. Trzy lata później już 312. W 2019 r. w stan spoczynku zamierza przejść na razie 102 sędziów, ale już wiadomo, że do końca roku będzie ich znacznie więcej.
Czytaj także: W sądownictwie robi się duszno
– Mamy dosyć – mówią.
– To, co się dzieje, nie wymaga jakiegoś specjalnego tłumaczenia – mówi „Rzeczpospolitej" sędzia, który, jak twierdzi, jest prześladowany w swoim sądzie.
– Nie ma szansy na to, by najbardziej ambitni zostali – dodaje jeden z wrocławskich sędziów, który też odchodzi. Na razie robi sobie przerwę. Potem może spróbuje szansy w innym zawodzie prawniczym.
Zawsze tak było
Łukasz Piebiak, wiceminister sprawiedliwości odpowiedzialny za funkcjonowanie sądownictwa, zna ministerialne statystyki. Wie, że sędziowie rezygnują.
– Odchodzili też przed laty – mówi „Rzeczpospolitej".
Przypomina, że sędzia kobieta z osiągnięciem 60 lat ma prawo przejścia w stan spoczynku i nie wskazuje przyczyn. Ponadto może przejść w stan spoczynku po ukończeniu 55 lat, jeśli na stanowisku sędziego lub prokuratora przepracowała 25 lat. Mężczyzna po ukończeniu 60 lat, jeśli przepracował 30 lat. Z chwilą ukończenia 65 lat każdy sędzia z mocy prawa przechodzi w stan spoczynku, chyba że na jego wniosek KRS przedłuży prawo do orzekania do 70.roku życia.
Wcześniej pieniądze, teraz ciężka atmosfera
Jeszcze kilka lat temu sędziowie odchodzili z zawodu głównie z powodów ekonomicznych.
– Wszędzie w kraju sędziowie zarabiają tyle samo, a w dużym mieście trudniej się za te pieniądze utrzymać – tłumaczyli. Podawali przykład kupna mieszkania. – Wielu sędziów nie stać było na kupno mieszkania np. w stolicy, a często banki odmawiają im kredytu.
Teraz okazuje się, że aspekt finansowy to tylko jedna strona medalu. Po licznych reformach wymiaru sprawiedliwości przeprowadzonych w ostatnich latach atmosfera pracy w sądach sprawia, że najlepsi sędziowie mówią: dosyć. Nie godzą się na naruszanie ich niezależności i niezawisłości.
Znikające klucze, zamknięte korytarze
– Jest źle – mówi „Rzeczpospolitej" jeden z krakowskich sędziów okręgowych. Podaje przykłady z macierzystego sądu, które mogą brzmieć jak anegdoty. Chodzi o zabieranie kluczy od sal rozpraw czy zakaz wejścia na korytarz, w którym mieszczą się pokoje prezesów, w tym tego najważniejszego – prezesa SO.
– Mamy dosyć – mówi „Rzeczpospolitej" sędzia ze Szczecina. Myślał, że kiedy prezesem został sędzia od lat orzekający w tamtejszym sądzie, wszystko jakoś się ułoży. Okazało się jednak inaczej.
Sami swoi
– Zostaną sami swoi – tłumaczy.
Już teraz, jego zdaniem, trzymają się razem. Zmiany widać na każdym kroku. Sędziowie są podzieleni. Ale nie na dwie grupy, jak twierdzą i władza, i sędziowie opozycyjni. Jest jeszcze trzecia grupa – ta chce robić swoje i nie opowiada się po żadnej z dwóch walczących stron. Niestety i tam widać zmiany.
– Jest pewna grupa walczących sędziów, którzy na pewno się nie poddadzą – dodaje inny sędzia. Jego nazwisko jest dobrze znane władzy, ale spotykają go za to poważne konsekwencje. Stracił już stanowisko funkcyjne, a i jego akta są bacznie przeglądane przez wizytatorów.
– Dałem sobie czas do października. Nadziei nie widzę i sam rozglądam się za inną pracą.
– Są zawody jeszcze naprawdę wolne od wpływów władzy – mówi „Rz". Właśnie w takich chce spróbować swoich sił.
Jak nie toga, to co?
Gdzie najczęściej odchodzą sędziowie? Do notariatu. Na drugim miejscu pożądanych zawodów znajduje się adwokatura. Kilka lat temu głos w sprawie niepokojącej liczby odejść z zawodu zabrała Krajowa Rada Sądownictwa. W specjalnej uchwale podnosiła, że niskie pensje przekładają się na trudności z obsadzaniem wolnych stanowisk. Zwracała także wtedy uwagę, że niezadowoleni z pensji sędziowie będą przechodzić do bardziej atrakcyjnych finansowo zawodów. Problem odejść dotyczył wówczas dużych miast. W średnich, np. w Lublinie czy w Białymstoku, wynagrodzenie sędziowskie wystarczało na spokojne życie.