fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Migalski: Władza nie może być hejterem

Manifestacja KOD w Bydgoszczy
Fotorzepa/ Roman Bosiacki
Małe partie nie mają zdolności do narzucania tonu debaty.

Po zabójstwie Pawła Adamowicza rozgorzała dyskusja o tym, czym jest język nienawiści i kto wprowadził go do polskiego życia publicznego. Wszystkie strony sporu politycznego wzajemnie oskarżają się o pierwszeństwo w tym niezbożnym dziele – twierdzą, że winni są ci drudzy, przeciwna strona, inni. I choć nie sposób odpowiedzieć na pytanie, kto był pierwszy, to można przynajmniej udzielić odpowiedzi na pytanie, kto jest bardziej winien. Są nimi rządzący.

Władza bardziej winna

Ale nie obecnie rządzący. Ani nie poprzednio rządzący. Winnym jest i był zawsze najbardziej obóz sprawujący władzę – bez względu na to, czy był to Sojusz Lewicy Demokratycznej, Platforma Obywatelska czy Prawo i Sprawiedliwość. Bo to właśnie rządzący mogą bardziej zaszkodzić debacie publicznej, a także jednocześnie łatwiej zaradzić hejtowi i nagonkom medialnym.

W rękach obozu władzy jest więcej narzędzi do uprawiania mowy nienawiści – mają do dyspozycji media państwowe, ministerstwa, urzędy, środki finansowe. Po prostu – w każdej wojnie, także w wojnie na złe i obraźliwe słowa, rządzący mają przewagę nad opozycją. Ta ostatnia, by się przebić do świadomości społecznej, musi nieco głośniej krzyczeć i nieco bardziej się starać – dlatego często nadużywa mocnych słów i krzywdzących porównań.

Dotyczy to zwłaszcza partii mniejszych, bowiem ich zdolność do narzucania agendy publicznej jest najbardziej utrudniona – z tego właśnie powodu ich liderzy sięgają po obraźliwe słowa i nieładne chwyty. W nieco lepszej sytuacji są ugrupowania większe, a zwłaszcza lider opozycji – oni mają większą łatwość w przebijaniu się do mediów i tym samym do wyborców. Dlatego mogą krzyczeć nieco ciszej i nieco mniej histerycznie.

Ale w najdogodniejszym położeniu są zawsze formacje rządzące – one mają stały dostęp do mediów, bowiem te ostatnie są żywotnie zainteresowane sygnałami płynącymi od władzy. Ktoś z rządu, kto chce udzielić wywiadu czy telewizyjnej „setki", nie ma żadnego problemu, by osiągnąć swój cel. Dlatego przedstawiciele obozu władzy mogą mówić spokojniej i rozważniej, bowiem nie istnieje niebezpieczeństwo, że nikt ich nie będzie chciał słuchać. Z tego właśnie powodu nadużywanie przez nich mocnego języka i obraźliwych słów jest mniej konieczne, a nawet zbędne. Oto przyczyna, dla której, jeśli już się do tego posuwają, zasługują na ostrzejszą krytykę i oskarżenia, że bardziej niż opozycja, przyczyniają się do psucia obyczajów politycznych i rozpowszechniania hejtu oraz mowy nienawiści.

Hejter ma mniejszą wagę

Jest i drugi powód, dla którego rządzących można surowiej rozliczać z tego, jakim słownictwem się posługują i jakich porównań używają – to ich znaczenia dla tworzenia norm i wpływania na powszechne mniemania wyborców. Jeśli złe słowo, paskudny epitet, obraźliwa paralela pada z ust jakiegoś polityka opozycji, po to, by mógł zaistnieć i przebić się przez szum medialny, to szkody społeczne są o wiele mniejsze, niż w przypadku gdy coś podobnego jest autorstwa ministra, premiera czy prezydenta. Bo oni reprezentują nie tylko siebie i swoje ugrupowania, ale także państwo polskie. W odbiorze społecznym są więc przedstawicielami Rzeczypospolitej i ich zachowanie (oraz język, jakim się posługują) obciążają całe państwo, a nie tylko ich środowisko polityczne.

Dzieci, młodzież, wszyscy wyborcy, słysząc haniebne słowa z ust reprezentantów władzy, usprawiedliwiają je i internalizują w sobie, uznają je za dopuszczalne, a nawet słuszne. Co innego, gdy jakiś poseł z trzeciego rzędu krzyknie pod adresem swych przeciwników „Targowica!", a co innego, gdy premier czy minister spraw zagranicznych rzuca w stronę ław opozycyjnych epitet „Zdrajcy!".

Słowa mają swoje znaczenie, a ich ciężar zależny jest także i od tego, od kogo pochodzą. Harcownik, pieczeniarz, twitterowy hejter, internetowy troll mają mniejszą siłę w czynieniu zła niż czołowy polityk, lider ugrupowania, poseł, minister czy prezydent. Gdy ci pierwsi używają mowy nienawiści, nie czyni ona aż takiego spustoszenia; gdy pozwalają sobie na nią rządzący, jest ona całkowicie destrukcyjna. Dlatego właśnie przedstawiciele obozu władzy zawsze są bardziej odpowiedzialni za język, jakim się posługujemy i za ogarniający nas wszystkich hejt.

Umiem wskazać winnych

Na koniec tytułem uzupełnienia – to nie jest manifest całkowitego symetryzmu. Potrafię wskazać, która ze stron politycznego sporu jest – w całościowym oglądzie – bardziej winna temu, jakim językiem dziś się komunikujemy; tak, jak potrafię wskazać różnice między stronniczością telewizji publicznej pod politycznymi przecież prezesami, jakimi byli Kwiatkowski, Wildstein czy Dworak, a obecną tępą i nienawistną propagandą prorządową, jaką uprawia TVP pod rządami Kurskiego.

Ale tekst ten nie miał być głosem w dyskusji o tym, jak bardzo media publiczne były przez cały okres ich trwania po 1989 roku wykorzystywane politycznie, lecz o tym, że na rządzących zawsze spoczywa większa odpowiedzialność za jakość debaty publicznej, w tym za używanie języka nienawiści, niż na opozycji. Warto, by wszyscy mieli tego świadomość. Także po ewentualnej zmianie politycznej, która może nastąpić na jesieni tego roku.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA