fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Stanisław Strasburger: Lepsza Europa jest możliwa

Zdaniem Ulrike Guerot, ruchy odśrodkowe w obrębie państw narodowych (np. w Wielkiej Brytanii – Szkoci) mogą być pozytywnym impulsem do przedefiniowania UE. Fot. Andy Buchanan
AFP
Utopia to miejsce, którego nie ma. Pozwólmy sobie na drobną zmianę akcentu. Niech nowy projekt nazywa się EU-topia. „Eu" to bowiem przedrostek oznaczający po grecku „dobry". A zatem EU-topia to „dobre miejsce" – proponuje pisarz.

Jesteśmy odpowiedzialni za skonfrontowanie rzeczywistości ze wszelkiego rodzaju utopiami – stwierdził Donald Tusk z okazji 40-lecia Europejskiej Partii Ludowej. Przemówienie wygłosił niedługo przed referendum w sprawie członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Tusk skrytykował ideę szybkiej integracji. Zamiast niej zalecił powrót do źródeł, czyli tradycyjnych wartości – takich jak wolność i przykazania dekalogu – oraz do pójścia za głosem serca i doświadczenia.

Co mi podpowiada serce? Niestety, Panie Premierze, co innego niż Panu. Skończmy wreszcie z pustosłowiem, z mydleniem sobie oczu wyświechtanymi frazesami o tradycji i źródłach z przeszłości. Dziś potrzebujemy nowej opowieści. Potrzebujemy wizji Polski i Europy, która potrafi zachwycać.

Wspólne marzenia

Pisałem już na tych łamach („Rzeczpospolita", 17 kwietnia), że paradoksalnie, nośnikami owej opowieści są osoby w różnym sensie wykluczone. Jaki jest obraz naszego kontynentu dla ludzi uciekających z narażeniem życia? Europa to oaza wolności i kreatywności, to otwarte granice, innowacje, wysoki standard życia i poszanowanie godności ludzkiej. Namawiałem do odwrócenia perspektywy, czyli spojrzenia na migrantów nie jako na problem, ale na nowy impuls. Czy Europa, o jakiej marzyli, nie jest również Europą z naszych snów?

Niespodzianka może być większa, niż byśmy się spodziewali. Bo skoro mowa o marzeniach, o czym marzą ludzie, którzy sfrustrowani niedomaganiem europejskiego projektu, szukają opieki pod skrzydłami różnej maści populistów? Czy nie o tym samym, co migranci, których skądinąd tak bardzo się boją – o spokoju, edukacji i o dobrych perspektywach dla siebie i najbliższych? Czyż nie prościej uśmiechnąć się do siebie w poczuciu, że chcemy tego samego, niż zaciskać pięści i wzywać do zamknięcia granic?

Na szczęście małostkowość Tuska nie jest jedyną odpowiedzią na aktualne trudności. Oto dwa wizjonerskie projekty oraz ich autorzy: Immanuel Wallerstein i Ulrike Guerot.

Wallerstein jest socjologiem, twórcą teorii systemów-światów. Zasadza się ona na przekonaniu, że rzeczywistością społeczną, w której żyjemy i która określa ramy działań każdego z nas, ale także rządów naszych krajów, wcale nie są państwa narodowe. Jesteśmy raczej częścią znacznie większej całości.

Państwo z jego granicami i instytucjami jest tylko jedną ze struktur, które determinują nasze życie. Pozostałe struktury to na przykład gospodarstwa domowe, firmy, w których pracujemy oraz różne grupy tożsamościowe, czyli na przykład związki wyznaniowe czy stowarzyszenia.

Warto zauważyć, że wszystkie one działają stosunkowo niezależne od granic państw. Gospodarstwo domowe funkcjonuje bez względu na to, jakie paszporty leżą w domowych szufladach. Podobnie większość naszych pracodawców, banków, z których usług korzystamy, oraz produktów, które posiadamy, powstaje i operuje ponad granicami.

Państwo narodowe jako manipulacja

Wbrew tym codziennym doświadczeniom przyzwyczailiśmy się do sztucznego rozdzielania sfer naszego życia społecznego. Arbitralnemu opisowi rzeczywistości odpowiada zwodniczy język, a w naukach humanistycznych także złudny podział na poszczególne dyscypliny: historię (zwykle jako historię państw), ekonomię, politologię, socjologię itd.

Wallerstein stawia radykalną tezę: przedmiot owych nauk nigdy nie istniał. Należy „odmyśleć" (unthink) nauki społeczne, opierając się na założeniu, że system-świat to złożona struktura, którą należy pojmować i badać łącznie w jej różnorodnych aspektach. Także dlatego, że bariery pomiędzy poszczególnymi dyscyplinami nauk humanistycznych i społecznych nie pozwalają nam zrozumieć dzisiejszego świata. To one są odpowiedzialne za naszą nieporadność, a nawet za poczucie zagubienia i frustrację.

Co to oznacza w perspektywie nowego projektu dla Europy? Wallerstein postuluje rezygnację z narracji zorientowanej na państwa narodowe. Jego kompleksowy projekt obejmuje reformę edukacji, nauki, ale także języka polityki i mediów.

Idąc tym tropem można posunąć się krok dalej. W zglobalizowanym świecie odwoływanie się do suwerenności państw narodowych to cynizm. Ani dzisiaj, ani najprawdopodobniej nigdy wcześniej, państwa narodowe nie stanowiły bowiem podmiotów, które miały znaczący wpływ na los swoich mieszkańców.

Państwa narodowe zaczęły powstawać w Europie dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku. Co miało nadać spoistość młodym organizmom politycznym?

W interesie nowych elit władzy leżało tworzenie wrażenia, że istnienie państw narodowych korzystnie wpływa na byt obywateli. Stąd promowanie przez publiczną (państwową!) edukację, a także przez sprzyjające im media, miłości do „własnej" ojczyzny. Towarzyszyło mu także, niejako wymyślone na nowo w XIX wieku, specyficzne rozumienie historii (przeszłości) oraz „tożsamości narodowej". Podejmowano wreszcie kroki formalne: dość powiedzieć, że paszporty i związane z nimi ograniczenia w przekraczaniu granic to de facto wymysł XX wieku!

W efekcie obywatel nowoczesnego państwa miał być gotów do poświęceń dla kraju (który postrzegał jako wielkie dobro), a nawet do ofiary z życia. Aby było to możliwe, musiał identyfikować się z terytorium „ojczyzny" wewnątrz ściśle określonych granic. Musiał być gotów postrzegać tych, którzy mieli inną „ojczyznę" jako śmiertelnych wrogów. Słowem, miał się bać „innych" i być gotów ich zabijać.

Na sztuczność granic, państw oraz tożsamości narodowych zwraca uwagę również Ulrike Guerot, publicystka i politolożka. – Czy ludzie kochają [jakiś abstrakcyjny] naród? Nie, są przywiązani do regionu, z którego pochodzą – twierdzi badaczka w rozmowie z „Süddeutsche Zeitung". – Pochodzę z Nadrenii Westfalii, z okolic Kolonii. Czuję sentyment do tej okolicy. Ale kiedy jestem w Monachium, wiem z książek do historii, że Monachium należy do Niemiec. Gdyby jednak książki mówiły co innego, myślałabym inaczej. Państwa narodowe są ludzkimi artefaktami. Był taki moment [w historii], kiedy je po prostu wymyślono.

Co to ma wspólnego ze współczesnymi problemami UE? Guerot wydała ostatnio książkę pod znamiennym tytułem „Warum Europa eine Republik werden muss! Eine politische Utopie" („Polityczna utopia: Dlaczego Europa musi stać się republiką"). Zwraca w niej uwagę, że rozbieżności (aby nie powiedzieć konflikty) między perspektywą europejską a interesami państw narodowych są błędem strukturalnym. Trzeba go koniecznie naprawić.

Dlaczego? Otóż zgodnie z podstawowym założeniem demokracji przedstawicielskiej suwerenem są obywatele. Tymczasem obecnie mamy w UE skomplikowany model władzy, który tylko w niewielkim stopniu pozwala ludziom decydować, co robią ich przedstawiciele.

Niech żyje republika!

Zrozumiałe więc, że obecna sytuacja rodzi frustracje. Poza tym prowadzi do wielu paradoksów. Jednym z nich jest to, że w sprawach całej Unii decydują w referendum obywatele tylko jednego kraju (np. Brexit albo stowarzyszenie UE z Ukrainą w Holandii). To podobnie, jakby, powiedzmy, o kształcie nowej polskiej konstytucji decydowali tylko mieszkańcy Śląska.

Co z tym zrobić? Paradoksalnie, ruchy odśrodkowe w obrębie państw narodowych (np. w Hiszpanii – Baskowie czy Katalończycy, a w Wielkiej Brytanii – Szkoci) mogą być pozytywnym impulsem do przedefiniowania UE.

Paradoks? Tylko pozornie. Jako przykład weźmy właśnie Szkotów. W przeciwieństwie do takich krajów, jak na przykład Wielka Brytania, trudno sobie wyobrazić Szkotów jako region składowy UE, którzy prowadziliby niezależną politykę zagraniczną czy obronną. Co dla wielu Brytyjczyków jest bolesnym rozstaniem z wizją imperium, Szkoci powitaliby z radością: mianowicie scedowanie owych kompetencji na zjednoczoną Europę.

W tym duchu Guerot postuluje powstanie republiki europejskiej. Tworzyliby ją wolni i równi obywatele, reprezentowani przez wybieralne władze na dwóch poziomach. Do kompetencji ogólnoeuropejskiego, dwuizbowego parlamentu należałyby polityka, gospodarka i kwestie społeczne. Na poziomie regionów czy metropolii funkcjonowałyby więzi kulturowe i tożsamościowe. Państwa narodowe straciłyby rację bytu.

Po co sięgać do analiz Wallersteina i projektu Guerot? Na przekór dominującym w debatach publicznych czarnowidzom pozwalają one skutecznie mierzyć się z europejskimi kłopotami. I uwierzyć, że lepsza Europa jest możliwa.

Na koniec przypomnę: utopia pochodzi od greckiego „topos", czyli „miejsca" oraz przedrostka „u" jako rodzaju zaprzeczenia. Utopia to zatem miejsce, którego nie ma. Pozwólmy sobie na drobną zmianę akcentu. Niech nowy europejski projekt nazywa się EU-topia. „Eu" to bowiem przedrostek oznaczający po grecku „dobry". A zatem EU-topia to „dobre miejsce".

Życzę sobie i nam wszystkim, aby wbrew słowom Donalda Tuska już niebawem nastał dobry czas EU-topii.

Niemiecka wersja tekstu ukazała się w „Perspective Daily" 28 lipca 2016 r.

Autor jest pisarzem i menedżerem kultury. Zajmuje się wielokulturowością, migracją i pamięcią zbiorową. Jest autorem książek „Opętanie. Liban" oraz „Handlarz wspomnień". Mieszka na przemian w Kolonii, Warszawie i Bejrucie

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA