fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Brak decyzji w energetyce się mści

Bloomberg
Transformacja energetyczna zasługuje na poważne podejście całej polskiej klasy politycznej. Temat nie może być traktowany po macoszemu, bo jest to główne wyzwanie rozwojowe stojące przed naszym krajem w XXI wieku.

Niedawna awaria w Elektrowni Bełchatów, orzeczenie TSUE w sprawie Turowa oraz pożar instalacji nawęglania również w Bełchatowie zwróciły uwagę opinii publicznej w Polsce na temat naszej polityki energetycznej, którą – nie wiedzieć czemu – mało kto się na poważnie, poza specjalistami, zajmuje. A przecież w rozwiniętych demokracjach problem transformacji energetycznej jest głównym tematem kampanii wyborczych, często decydującym o wynikach wyborów. W przedstawionej niedawno koncepcji Polskiego Ładu zasłużył on jedynie na marginalną uwagę jego autorów. Wprawdzie pierwsza awaria w Bełchatowie leżała po stronie PSE (zawiodła stacja transformatorowa) i na szczęście została szybko i sprawnie usunięta, jednak sytuacja była naprawdę groźna i uwidoczniła, czym może się skończyć unikanie podejmowania przez lata trudnych, ale koniecznych strategicznych decyzji w sektorze energetycznym. Awarie to kolejny dowód na konieczność transformacji energetycznej w naszym kraju. Nowy Europejski Zielony Ład to ambitny program „przemalowania na zielono" całej gospodarki Unii. Jednak zarówno Krajowy Plan Odbudowy, finansowany przez UE, jak i przede wszystkim rządowy Polski Ład praktycznie pomijają wyzwania klimatyczne i energetyczne. W sprawie dekarbonizacji i przechodzenia na OZE te ważne dokumenty powinny szczegółowo zdefiniować polską ścieżkę osiągnięcia neutralności oraz pokazać, jak ona będzie wmontowana w strategię europejską i światową. W KPO jest wprawdzie sporo pomysłów na wpompowanie miliardów w energetykę, jednak nie widać, by były one podporządkowane jakiejś wspólnej idei poza wsparciem dotąd nieefektywnych spółek energetycznych.

Transformacja energetyczna to nie tylko kwestia naszego zdrowia i powoli wzrastającej świadomości ekologicznej, to też nieuchronność ekonomiczna. Spadek cen „zielonych" technologii w czasie ostatniej dekady (kilkukrotny) oraz nieunikniony wzrost cen uprawnień do emisji CO2 w Europie (dziwne, że ich niski poziom utrzymywał się aż tak długo) nie tylko obniżają konkurencyjność wysokoemisyjnych technologii węglowych, ale też wywierają wielką presję na sektor przedsiębiorstw. Zwłaszcza tych najbardziej energochłonnych, które – by utrzymać się na rynku i zachować swoją konkurencyjność w wymiarze globalnym – potrzebują taniej, czyli czystej, energii. Tego trendu nie da się zawrócić, chociaż można oczywiście utyskiwać i narzekać na spekulacyjne fundusze hedgingowe, które w ostatnich miesiącach wypchnęły ceny pozwoleń na emisję CO2 (ETS) na niebotyczne wysokości ponad 50 euro za tonę. Ale z pewnością ten trend nie ulegnie zmianie, a cena uprawnień będzie dalej rosła.

Istotą problemu nie są bowiem spekulanci, lecz uznanie nieodwracalności transformacji energetycznej. Jeśli nie dokonamy szybkich i głębokich zmian, to w wymiarze ekonomicznym stracimy przemysł energochłonny. Polska jest krajem o najwyższej cenie hurtowej energii elektrycznej w Europie. Jednocześnie według szacunków Klubu Jagiellońskiego bez wsparcia finansowego w ramach tzw. rynku mocy jedynie 6,8 z 22 GW mocy wytwórczych nie generuje strat, co pokazuje gigantyczną skalę nierentowności energetyki węglowej przy wzrastającej cenie uprawnień.

Mentalność Kalego

Na razie dominuje mentalność Kalego. Wpływy ze sprzedaży uprawnień do emisji zasilają od wielu lat polski budżet. System funkcjonuje od 2005 r. Do 2020 r. wpływy budżetowe z aukcyjnej sprzedaży uprawnień przekroczyły 31,5 mld zł, w tym w samym tylko 2019 r. 11 mld! Połowa z tej kwoty – ku uciesze kolejnych ministrów finansów – rozpływała się w budżecie, a tylko druga połowa przeznaczona była na wsparcie projektów zmniejszających emisję (jak np. program „Mój prąd" czy niskoemisyjny transport). Jakoś trudno dotrzeć do pełnego bilansu wykorzystania tych środków. Podobają nam się zatem wysokie wpływy budżetowe, ale już niekoniecznie coraz ostrzejsze regulacje emisyjności, a przecież te środki miały trafiać do projektów, które emisyjność energetyczną ograniczają.

Problem dostępności mocy będzie narastał, bo w kolejnych latach systematycznie wyłączane będą stare bloki węglowe, które od 2025 r. nie będą już mogły korzystać ze wsparcia finansowego w ramach tzw. rynku mocy. Tylko zatem do 2025 r. mogą jeszcze być modernizowane stare bloki energetyczne korzystające ze wsparcia tego mechanizmu, po tym czasie rynek mocy będzie obowiązywał do 2035 r. tylko dla nowych, najsprawniejszych bloków wybudowanych w ostatnich latach (Kozienice, Jaworzno III, Turów, Opole). Trzeba wykorzystać te cztery lata na przyspieszenie modernizacji starych bloków węglowych, zwłaszcza tych o mocy 200 MW, w taki sposób, by były one lepiej dostosowane do dynamicznie zmieniających się warunków współpracy z OZE, czyli z większą zmiennością obciążenia oraz z dużą liczbą szybkich odstawień i uruchomień. Są już dzisiaj technologie polskich spółek (m.in. Rafako), które umożliwiają podwyższenie sprawności produkcji energii przy jednoczesnym zachowaniu restrykcyjnych wymagań dotyczących emisji gazów w spalinach. Zwiększy się zatem ich elastyczność (jest ona najsłabszą stroną węglówek) oraz funkcjonalność, głównie jako źródeł rezerwowo-szczytowych, a w przypadku zastosowania konwersji kotłów na paliwo gazowe (jest to też możliwe i kilkanaście razy tańsze w porównaniu z wybudowaniem nowego bloku parowo-gazowego) umożliwi również spełnienie limitów związanych z emisją CO2 dla mechanizmów rynku mocy w UE. Ponadto uśredniony koszt energii elektrycznej w przypadku zmodernizowanego bloku 200 MW (lub z konwersji na gaz) jest niższy niż uśredniony koszt produkcji z nowego źródła szczytowego opalanego gazem. Możliwe jest też współspalanie gazu z wodorem, ale będzie to ekonomicznie uzasadnione dopiero wtedy, gdy cena zielonego wodoru istotnie spadnie. Doświadczenia z modernizacji elektrowni zawodowych powinny być również wykorzystane do wyzwań stojących przed polskim ciepłownictwem. Nowe jednostki powinny być budowane przede wszystkim jako elektrociepłownie. Dodatkowe przychody elektrociepłownie mogą osiągać przy zastosowaniu magazynów ciepła. Pozwoli to im odwrócić filozofię produkcji i być aktywnym wówczas, gdy OZE brakuje wiatru i słońca, a godzinowe ceny energii są najwyższe.

Program inwestycyjno-modernizacyjny polskich koncernów energetycznych nie posuwa się do przodu. Wprawdzie MAP ogłosiło niedawno plany wydzielenia aktywów węglowych z naszych spółek energetycznych do rządowej agencji NABE, ale ten plan, mimo jego pozornego podobieństwa do podobnej operacji przeprowadzonej za Odrą, wydaje nam się wielce ryzykowny i raczej bez szans na akceptację ze strony KE. Nowa agencja będzie w istocie gigantycznym „hospicjum" gospodarczym, można zatem śmiało zakładać, że stanie się polem ciągłych utarczek o to, kogo już zamykać, a kto może jeszcze sobie pożyć. Pracownicy i zarząd takiej agencji też będą walczyć jak lwy o przetrwanie węglowego monopolu. Tymczasem wydaje nam się, że problem, za co budować „nową energetykę", jest nieco wydumany. 450 tys. polskich rodzin już w nią zainwestowało, budując własne „elektrownie" na dachach. Dziesiątki inwestorów wagi ciężkiej – rodzimych i obcych, włączając firmy przemysłowe – chętnie włączyłyby się również w ten proces, gdyby umożliwić im dostęp do sieci. Dlatego większe znaczenie przywiązywalibyśmy do wydzielenia z pionowo skonsolidowanych grup spółek dystrybucyjnych, by zapewnić pole uczciwej konkurencji wszystkim podmiotom na rynku bez względu na formę własności. Tak się stało z PSE przed 18 laty, powstał operator, który – cokolwiek by powiedzieć – starał się być obiektywny wobec inwestorów. Dziś większość nowych mocy w UE podłączanych jest do sieci OSD, nie OSP, z czego trzeba wyciągnąć wnioski.

Ważne bezpieczeństwo

Państwo powinno, w pierwszej kolejności, budować infrastrukturę bezpieczeństwa energetycznego – linie przesyłowe, dystrybucyjne, ewentualne źródła rezerwowe wyprowadzone poza rynek. To powinna również być rola państwowych spółek. Nie zbiednieją od tego, to najbardziej dochodowa część energetycznego biznesu. Można również popracować nad mechanizmem wdrożenia (na ściśle określony czas) usługi publicznej w postaci rezerwy chroniącej system, co pozwoliłoby na przebudowę części starszych bloków węglowych według podanej wyżej recepty i niewyłączanie ich, w uzgodnieniu z KE, dopóty, dopóki będzie to niezbędne dla bezpieczeństwa systemu.

Potrzebujemy większej elastyczności w systemie energetycznym zarówno na poziomie technicznym, jak i konstrukcji rynku – obok rynku ogólnopolskiego potrzebujemy także lokalnych rynków energii i elastyczności. Polska powinna mieć bardziej rozproszone źródła energii (czyli więcej mniejszych jednostek energetycznych rozlokowanych równomiernie po całym kraju) i muszą one mieć w dużej mierze charakter obywatelski, prosumencki. Bardzo zły stan infrastruktury energetycznej, degradacja ciepłownictwa czy antyrozwojowy państwowy oligopol zarówno w energetyce, jak i sektorze gazowym są poważnymi wyzwaniami. Konieczne są inwestycje w sieci energetyczne i gazowe, by przyłączać nowe bloki i tysiące mikroinstalacji oraz zapewnić sprawne działanie „internetu energetycznego", klastrów, małych obszarów dystrybucyjnych. Według Instytutu Jagiellońskiego tylko do 2025 r. na rozbudowę i unowocześnienie sieci przeznaczonych ma być ponad 43 mld zł. Warto by było wydać je z jasną funkcją celu – przebudowy systemu w nowej filozofii. Nie zapominajmy też, że nasze bezpieczeństwo energetyczne powinno być zakorzenione przede wszystkim w budowie wspólnego rynku energii w UE, to właśnie import energii od sąsiadów uchronił nas od poważnych problemów.

W tych warunkach polską racją stanu staje się zlikwidowanie wszelkich barier inwestycyjnych dla OZE, w szczególności energetyki wiatrowej – morskiej i lądowej oraz fotowoltaiki, a także dla systemów magazynowania energii. Tylko przedstawienie UE sensownego i dobrze przemyślanego planu transformacji pozwoli uzyskać adekwatną pomoc finansową ze strony UE.

Powtarzanym wszem i wobec pomysłem na transformację energetyczną jest energetyka jądrowa. Pomimo jej oczywistych zalet (zerowa emisyjność) koszty realizacji takiego projektu wydają się wysokie, w dodatku prawdopodobieństwo ich wzrostu oraz istotnego niedotrzymania harmonogramu niemal gwarantowane, co pokazują przykłady innych projektów jądrowych realizowanych obecnie w Europie (Finlandia czy Wielka Brytania). Niejasne są też kwestie finansowania inwestycji, a także późniejszej zyskowności zbudowanych bloków (energia z OZE zawsze będzie „wypychać" jądrową z rynku przy sprzyjających warunkach pogodowych). Wielkie bloki jądrowe będzie również trudno zastąpić w sytuacji awarii choćby jednego z nich. Z dzisiejszej perspektywy nie wydaje się prawdopodobne, by projekt mógł być zrealizowany przed 2040 r. Natomiast małe modułowe elektrownie jądrowe (SMR) to nadal melodia przyszłości, chociaż warto byłoby włączyć się aktywnie w światowe wysiłki na rzecz ich upowszechnienia.

Transformacja energetyczna zasługuje na poważne podejście całej polskiej klasy politycznej. Temat nie może być traktowany po macoszemu, bo jest to główne wyzwanie rozwojowe stojące przed naszym krajem w XXI wieku. Debata na jej temat powinna objąć całą klasę polityczną, a zapomniane słowo „kompromis" musi być jej efektem. Warto wziąć też do serca ostatni apel papieża Franciszka, który wprost oczekuje wycofania paliw kopalnianych z produkcji energii. Co na to polscy katolicy?

Maciej Stańczuk jest doradcą ekonomicznym Lewiatana, członkiem TEP.

Grzegorz Onichimowski jest przedsiębiorcą oraz menedżerem energetyki i IT.

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA