fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Budzenie Lecha Janerki do płytowego powrotu

Bartek
Polscy artyści oddali hołd byłemu liderowi Klausa Mitffocha. Powstała płyta równie niezwykła jak klasyczne już dzieła wrocławskiego basisty.

Lech Janerka sam o sobie mówi przewrotnie, że jest „świętą krową" polskiego rocka. Płyty wydaje rzadko. Ostatnią – „Plagiaty" – opublikował 14 lat temu z kompozycjami stworzonymi w młodości. W pełni premierowy album „Fiu fiu..." ukazał się w 2002 r.

Koncertuje również sporadycznie. Wywiadów udziela od niechcenia. Żyje od dekad we wrocławskim bloku z tą samą żoną Bożeną – z dala od blichtru i splendorów rodzimego show-biznesu, nie zmieniając się specjalnie. Teraz zaczyna przerywać milczenie.

Na płycie-hołdzie „Janerka na basy i głosy" pojawia się premierowy utwór Lecha. „Pili" to muzyczna miniaturka, na której basista bawi się słowem, ale też łamie reguły płyty. Jak głosi tytuł krążka, zawarte na nim kompozycje opracowane są tylko na basy i głosy, czyli główny oręż Janerki. Tymczasem artyście towarzyszy żona Bożena na wiolonczeli, zaś sam Lech gra na gitarze akustycznej. Cóż: „święta krowa" może wszystko!

W „Pili" Janerka bohaterem czyni jednego z artystów kłaniających mu się na płycie, czyli poetę Marcina Świetlickiego. Zaś lider krakowskich Świetlików w utworze „Klus Mitroh" wzniósł się na wyżyny, czyniąc z klasycznej kompozycji utwór bliski macierzystej formacji, ale też nie pozbawiając jej oryginalnego sznytu.

Można odnieść wrażenie, że poeta wyrzucając z siebie: „...goni nas lukratywny wieprz. I wszystkim życzymy źle nam z oczu patrzy" spłaca dług zaciągnięty u Janerki. Nie byłoby przecież scenicznego Świetlickiego bez Janerki właśnie.

Pozostali wokaliści również nie odbiegają daleko swoimi interpretacjami od oryginałów. Duchowy brat Janerki Wojciech Waglewski w „Śmielej" dodaje kompozycji głębi swoim głosem. Szkoda, że lider Voo Voo pojawia się tylko w jednym utworze. Katarzyna Nosowska śpiewa dwukrotnie. W „Wieje" pokazała wszystkie odcienie dramatyzmu, czyniąc utwór jednym z najlepszych w swoim dorobku.

Rozstrzał stylistyczny zaproszonych gości jest spory. Śpiewa Nika (Pochwalone, Morus, ex-Post Regiment), która w „Epidemiach epilepsji" wprowadza element punkowego buntu. W dwóch utworach błyszczy warszawski bard Pablopavo. Odkryciem jest naczelny „Gazety Magnetofonowej" Jarosław Szubrycht (również zespół Lux Occulta). Jego interpretacja „Ur" ma więcej demonizmu niż wszystkie albumy Behemotha razem wzięte.

Ale największymi bohaterami płyty są jej inicjatorzy basiści: Małgorzata Tekiel (Pochwalone, ex-Będzie Dobrze) i Piotr Pawłowski (Made In Poland, The Shipyard). Ich aranżacje są na tyle bogate i pomysłowe, że w piosenkach nie tylko nie brakuje pozostałych instrumentów, ale można się muzycznie rozsmakować w finezyjnych pomysłach duetu.

Płyta ma tylko jedną wadę: jest stanowczo za krótka! Największą zaś zaletą jest motywowanie Lecha Janerki do wydania nowego materiału poza dwoma utworami, które już ostatnio zaproponował. O nowej płycie mówi od lat, ale data premiery wciąż jest przekładana. Czas najwyższy, żeby Janerka zagrał Janerkę. Premierowo!

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA