fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekarze i pielęgniarki

Jakie mogą być skutki otwarcia szpitali przeznaczonych do tej pory dla zakażonych koronawirusem

AdobeStock
Otwarcie 1 czerwca szpitali dotąd przeznaczonych dla zakażonych Covid-19 może spowodować kolejną falę epidemii – obawiają się eksperci.

Likwidacja od 1 czerwca jednoimiennych placówek zakaźnych, które przyjmowały wyłącznie chorych z koronawirusem, i przekształcenie ich w zwykłe placówki to nadzieja dla chorych, którzy czekają na operacje planowe. Pozostałym placówkom coraz trudniej bowiem poradzić sobie z pacjentami szturmującymi szpitalne oddziały ratunkowe i otwierane po pandemii przychodnie specjalistyczne. Eksperci obawiają się jednak, że wraz z powrotem do normalności i w braku wydzielonych miejsc dla pacjentów z Covid-19 liczba zakażeń może wzrosnąć.

– Dotychczas pacjent zakażony Covid-19 wieziony był do szpitala ze specjalnymi zabezpieczeniami, a personel pracował w kombinezonach. Teraz, gdy wszystkie szpitale zaczną działać tak, jak przed epidemią, choć w zwiększonym reżimie sanitarnym, może dojść do nowych zakażeń. A to sparaliżuje system – mówi dr Marcin Pakulski, były prezes NFZ.

O tym, że przestraszeni wcześniej Polacy przestali bać się wirusa, świadczy frekwencja na SOR największych szpitali wojewódzkich.

– Wracają tzw. pacjenci weekendowi, którzy wykorzystują dni wolne, by zdiagnozować ból dokuczający im od tygodni, a nawet miesięcy. Jeśli dodać do nich osoby, które naprawdę potrzebują pomocy, robi się naprawdę tłoczno. Ostatnio musiałem dla pacjenta szukać miejsca w innej lecznicy. Obdzwoniłem ich kilka, większość była pełna – mówi dr Krzysztof Hałabuz z Porozumienia Chirurgów Skalpel.

Skutki odmrażania nie dotarły jeszcze do placówek powiatowych. Jak mówi dr Zbigniew Białczak, dyrektor szpitala w Żurominie na północno-zachodnim Mazowszu, o ile w czasie pandemii placówka przyjmowała ok. 30 proc. pacjentów, jacy zwykle do niej trafiają, teraz już 70 proc.

A dr Krzysztof Żochowski, dyrektor szpitala w Garwolinie na Mazowszu, dodaje, że pacjenci szturmują raczej poradnie specjalistyczne.

Obłożenia sprzed pandemii nie osiągnęła jeszcze chirurgia urazowa. Jak mówi prof. Bogdan Koczy, szef urazówki w Piekarach Śląskich, do której trafiają przypadki z całej aglomeracji katowickiej, ruch w izbie przyjęć jest wciąż mniejszy niż zwykle:

– Może dlatego, że ludzie mniej się przemieszczają i raczej siedzą w domach – mówi prof. Koczy.

Prof. Andrzej Basiński, szef Klinicznego Oddziału Ratunkowego Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, największego oddziału ratunkowego na Pomorzu, prognozuje, że niebawem chorzy zaleją również mniejsze szpitale:

– Wiele osób nie zgłaszało się do szpitali nawet mimo dokuczliwego bólu. A po zlekceważeniu poważnych stanów ich kondycja może pogorszyć się na tyle, że nie wrócą już do pełni zdrowia. Blisko dwumiesięczne zamknięcie ochrony zdrowia na pewno odbije się na zdrowiu Polaków – prognozuje prof. Basiński. Dodaje jednak, że resort nie mógł postąpić inaczej: – Ograniczenie przyjęć planowych było jedyną rozsądną decyzją. Pozwoliło wypłaszczyć krzywą zachorowań i przygotować służbę zdrowia – uważa.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA