fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Dwugłos o "Smoleńsku": Prawda i pamięć kolą w oczy

Kadr z filmu
materiały
Oglądając najnowszy film Antoniego Krauzego, słyszałem w sali kinowej rechot Andrzeja Stasiuka.

Po wydarzeniach z 10 kwietnia 2010 roku pisarz nadał swojej owcy imię „Smoleńsk". To miał być komentarz do reakcji, które wśród Polaków wywołała katastrofa prezydenckiego tupolewa.

Śmiech Stasiuka podpowiedziała mi rzecz jasna moja wyobraźnia. Bo przecież kpina i szyderstwo towarzyszyły obrazowi Krauzego, zanim jeszcze powstał. Czy można zrobić dobry film o katastrofie smoleńskiej? – takie, z założenia retoryczne, pytanie stawiane na warszawskich salonach miało z góry podważać sens tej produkcji. Przyjęto, że powstanie nieznośny martyrologiczny, propagandowy gniot.

Oczywiście, Krauze nie stworzył arcydzieła. Otrzymaliśmy obraz rysowany bardzo grubą kreską. Dialogi drażnią publicystyką – momentami można odnieść wrażenie, że aktorzy deklamują artykuły prasowe, a nie odgrywają żywych ludzi. W ogóle trudno dostrzec jakieś mistrzowskie kreacje.

Ale przecież nie inaczej było z innym filmem o ambicjach politycznych – „Pokłosiem" Władysława Pasikowskiego. Obrazowi temu można byłoby postawić podobne zarzuty. Tymczasem warszawskie salony piały nad nim z zachwytu, a Henryk Wujec wyznał nawet, że oglądając go, ze wzruszenia płakał. Ale „Pokłosie" to film „słuszny". Miało ono obnażać polski antysemityzm, więc można było wobec tej produkcji zastosować taryfę ulgową.

Ze „Smoleńskiem" jest inaczej. To film obrazoburczy, kole w oczy prawdą, której warszawskie salony wolałyby nie pamiętać. I nie chodzi tu bynajmniej o postawioną przez reżysera tezę, że 96 pasażerów tupolewa zginęło w zamachu. Ta akurat sprawa będzie w Polsce jeszcze długo przedmiotem kontrowersji i dyskusji.

Także dlatego, że strona rosyjska, przejmując całkowitą kontrolę nad śledztwem, zrobiła wszystko, żeby przyczyny katastrofy nie zostały wyjaśnione. Dzięki temu w Polsce mogło się namnożyć znaków zapytania, sprzyjających snuciu najbardziej niesamowitych teorii spiskowych (sama zresztą teza o zamachu – chociaż nieudowodniona – jeszcze do nich nie należy). O tym, że tak działa dezinformacja, mówią w filmie prawicowa dziennikarka oraz ojciec głównej postaci.

Są natomiast fakty, o które nie sposób się spierać. Chodzi o postawę Platformy Obywatelskiej i wspierających ją mediów (w filmie reprezentuje je telewizja o wdzięcznej nazwie TVM-Sat). Orędowały one za polsko-rosyjskim pojednaniem i w ramach tej inicjatywy przystały całkowicie na warunki, które w kwestii smoleńskiego śledztwa narzuciła Moskwa. Dziś ludzie, którzy straszą Polaków Władimirem Putinem, muszą się czuć nieswojo, gdy film Krauzego przypomina im, jak dali się ówczesnemu rosyjskiemu premierowi uwieść, a potem nie potrafili zareagować na zrzucenie przez MAK całej winy za katastrofę na pilotów tupolewa i generała Andrzeja Błasika.

O „Smoleńsku" jest zbyt głośno, żeby go zamilczeć. Trzeba więc go wyśmiać. A przecież nawet jeśli film ma słabe punkty, o których wyżej mowa, to sam pomysł scenariusza jest intrygujący. Mamy tu opowieść o Ninie, dziennikarce TVM-Sat. Wpierw uczestniczy ona w serwowanych widzom tej stacji seansach pogardy i nienawiści wobec ludu smoleńskiego i robi materiały, które mają uwiarygodniać rządowe przekazy dnia. Sama zresztą wierzy w to, co słyszy od przełożonych, i myśli, że TVM-Sat podaje prawdę. Z upływem czasu przekonuje się jednak, że bierze udział w preparowaniu kłamstw i manipulacjach. W jakimś stopniu politycznie dojrzewa.

Gdyby Nina była postacią bardziej wielowymiarową, gdyby nie było szycia fabuły grubymi nićmi, „Smoleńsk" mógłby być filmowym Bildungsromanem. Ale pokazane w nim mechanizmy życia publicznego i tak wyglądają znajomo. Życie tu zresztą dopisało pendant. Oto po premierze filmu TVN wyemitowała na jego temat wypowiedź pilota Artura Wosztyla, jednego ze świadków katastrofy. Tyle że ów mężczyzna to nie był Wosztyl. TVN w swoim komunikacie zapewniał, że to pomyłka, ale po obejrzeniu „Smoleńska" trudno w tym przypadku oprzeć się skojarzeniom z działalnością TVM-Sat.

Z filmu Krauzego wyłania się też zaskakujące przesłanie. W jednej ze scen wdowa po generale Błasiku spotyka w miejscu katastrofy w Smoleńsku prawosławną Rosjankę, która mówi jej o konieczności modlenia się za wrogów. Fragment ten idzie pod prąd prawicowym narracjom, żerującym na resentymentach wobec PO, TVN i Putina. A w końcówce filmu, w scenie spotkania ofiar katastrofy z ofiarami zbrodni katyńskiej, zamiast opłakiwania tragedii, pojawia się nadzieja zmartwychwstania. Chrześcijaństwo więc triumfuje nad cierpiętnictwem „religii smoleńskiej".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA