100 lat polskiej gospodarki

Gdyby nie komunizm, Polska mogłaby być zamożna jak Hiszpania

tv.rp.pl
Dodatni bilans ostatniego 100-lecia, to jest tak naprawdę głównie bilans ostatnich 25 lat. Oprócz okresów wzrostu mieliśmy okresy dramatycznych załamań. Dziś wyobrażalne jest dogonienie Europy Zachodniej w perspektywie 20-30 lat, pierwszy raz w tysiącletniej historii Polski – mówi Witold M. Orłowski, ekonomista, rektor Akademii Finansów i Biznesu Vistula w rozmowie z Pawłem Rożyńskim.

Bilans polskiej gospodarki z ostatnich 100 lat można uznać za pozytywny?

Oczywiście kraj jest nieporównanie bogatszy niż był 100 lat temu, Polacy żyją na zupełnie innym poziomie. Poziom rozwoju to jednak miara względna: trzeba porównać go do tego, jak wyglądało w tym czasie i jak wygląda dziś życie np. Niemców i Hiszpanów. Mimo, że ludzie czasem różne bzdury opowiadają, nigdy w historii mieszkaniec Polski nie żył w takim dobrobycie, w jakim żyje obecnie. Ale cały czas porównuje się z Niemcem i stwierdza, że Niemiec ma lepiej. Niemiec zresztą też nigdy w historii nie żył w takim dobrobycie jak obecnie.

Na pytanie o bilans nie da się łatwo odpowiedzieć, bo mieliśmy tak dramatyczne wiraże historii gospodarczej Polski w ramach 100 lat, że robienie wspólnego bilansu dla II RP, PRL-u stalinowskiego, gierkowskiego, czy III RP to mieszanie różnych rzeczy. Na pewno stało się wiele dobrych rzeczy i wiele gorszych. Są kraje, które przez te 100 lat rozwinęły się zdecydowanie szybciej od Polski. Niekoniecznie tylko dzięki czynnikom czysto gospodarczym, zazwyczaj ważniejsza była polityka.

Na pewno przez minione 100 lat nastąpił ogromny rozwój kraju. Ale nie możemy być z niego w 100 proc. zadowoleni. Oprócz okresów wzrostu mieliśmy okresy dramatycznych załamań.

To ciągły, żmudny marsz pod wiatr z ciągłymi upadkami i cofaniem się. Mieliśmy I wojnę światową, która wyniszczyła nasze ziemie, później mieliśmy żmudne scalanie, potem wielki kryzys, II wojnę światową i PRL. W samym PRL-u mieliśmy różne kryzysy i później recesję związaną z transformacją. Dopiero w ostatnich latach wiatr zaczął nam wiać w plecy.

W ciągu tych 100 lat jest tylko jeden ponad ćwierćwiekowy okres nieprzerwanego rozwoju. Okres transformacji, od czasu zakończenia transformacyjnej recesji. To jedyny tak długi okres, kiedy rozwijaliśmy się bez wojen, załamań gospodarczych, wybuchów hiperinflacji, czy dramatycznych zmian politycznych.

Przed wybuchem I wojny światowej PKB na głowę mieszkańca obecnego obszaru Polski wynosił ok 50 proc. Europy Zachodniej.

Tak. Ówczesne prowincje Niemiec miały 75-80 proc., rosyjskie około 30-35 proc., podobnie Galicja. Często dziś gloryfikowana Galicja była jednym z najbardziej zapuszczonych, rozpaczliwie biednych obszarów Europy. Bieda była tam taka, jak w Rosji, eksportowała głównie emigrantów do Ameryki. Jak się te ziemie połączyły po niszczycielskiej wojnie światowej, to początkowo PKB spadł w stosunku do Europy Zachodniej do około 45 proc.

W ciągu kolejnych 100 lat zaliczyliśmy wiele upadków.

Katalog potknięć trzeba zacząć od dwóch wojen. Każda kosztowała mniej więcej 20-25 proc. spadku PKB, ale to był spadek chwilowy. Kosztowało nas jednak ogromne straty majątku narodowego.

PKB na głowę mieszkańca to miara dochodu. Jednak poziom życia nie zależy tylko od dochodu, ale również od majątku. II wojna to była utrata przynajmniej 30 proc. majątku narodowego. Choć PKB po 5 latach był taki jak przed wojną, lecz poziom życia znacznie niższy i dopiero w latach 60. udało się go odbudować.

Wkrótce po odrodzeniu niepodległej Polski mieliśmy też hiperinflację, której stłumienie w 1924 r. spowodowało silny spadek PKB. Zaraz potem mieliśmy wojnę celną z Niemcami, która była ogromnym ciosem dla gospodarki. Mieliśmy też wielki kryzys na przełomie lat 20. i 30., a w rezultacie spadek PKB o 25 proc. Polska odczuła kryzys bardziej niż inni, częściowo przez błędy polityki gospodarczej. Upierano się wtedy przy silnym złotym, gdy wszyscy wokół dewaluowali waluty.

Potem przyszła kolejna wojna, a po wojnie komunizm. Pod koniec epoki Gierka weszliśmy w ciężki kryzys wywołany bankructwem kraju, który znów kosztował 20 proc. spadku PKB.

Wielkim dokonaniem było scalenie po I wojnie światowej trzech różnych organizmów, które były peryferyjne dla wszystkich państw.

Było to niesłychanym wysiłkiem i poszło nadspodziewanie dobrze. Oczywiście zapłaciliśmy też cenę za budowę państwa, a zwłaszcza wojnę z bolszewicką Rosją, w postaci wybuchu hiperinflacji w 1923 r. Udało się ją zgasić, ale ogromnym kosztem.

Gospodarkę trzeba było dostosować do nowych warunków. W zaborze rosyjskim rozwijał się głównie przemysł lekki, nastawiony na eksport na tereny imperium, nie budowano za to kolei, bo tak zdecydowali rosyjscy generałowie. Do dzisiaj patrząc na mapę kolejową Polski łatwo zauważyć, dokąd sięga gęsta sieć niemiecka, a gdzie jest rzadka rosyjska.

W końcu lat 20. Niemcy chciały zdusić gospodarczo Polskę poprzez wojnę celną, ale im się nie udało, a w 1929 r. wróciliśmy do poziomu 50 proc. PKB względem Zachodniej Europy. I wtedy przyszedł wielki kryzys, który Polska przeżyła ciężej niż inne kraje. W końcu lat 30. udało się podciągnąć PKB znów do 50 proc. Zachodniej Europy. To wtedy zaczął się program Kwiatkowskiego.

To był powrót do etatyzmu. Widać podobieństwo do polityki obecnego rządu, który zwiększył rolę państwa w gospodarce.

Wtedy były inne warunki, świat inaczej wyglądał. Etatyzm był zresztą powszechnym kierunek zmian, a koncentrował się głównie na produkcji zbrojeniowej. To nie były czasy globalizacji i wolnego rynku, a Polska gospodarka nie mogła liczyć na napływ kapitału prywatnego. Etatyzm był poszukiwaniem wyjścia z sytuacji prawie bez wyjścia. Dramatycznie trzeba było powiększyć produkcję zbrojeniową, a nie było innego sposobu jak zrobienie tego pieniędzmi publicznymi. W efekcie państwo się zadłużało. Nie był to długookresowy plan rozwoju, ale plan, który pozwolił polską gospodarkę na krótko zdynamizować, a także nieco – choć oczywiście niewystarczająco - poprawić zdolności obronne kraju.

Mitologizujemy dwudziestolecie?

Tak. Polska dwudziestolecia była krajem bardzo słabym gospodarczo i politycznie. Wyjątki takie jak Gdynia, czy COP były przedmiotem dumy, ale tego było za mało.

Jednym z fundamentalnych błędów było nieprzeprowadzenie prawdziwej reformy rolnej. Zaważyła tutaj polityka, a zwłaszcza chęć ochrony polskiego ziemiaństwa na kresach wschodnich. Do końca lat 30. polska gospodarka była oparta na rolnictwie, a ono ledwie dyszało. Nie udało się go zdynamizować i wprowadzić na ścieżkę kapitalistycznego rozwoju. Przemysł był, ale słaby. Wielkie łódzkie fabryki wysyłały przed I wojną światową tekstylia na całą Rosję, a śląskie kopalnie węgiel do Niemiec. Raptem okazało się, że rynek zbytu niemal zniknął i trzeba go było z trudem odbudowywać.

No a potem przyszła wrześniowa klęska spowodowana głównie tym, że zbyt słaba gospodarka nie była w stanie przyzwoicie uzbroić armii.

Na przełomie lat 40. i 50. polskie PKB jest porównywalne z Hiszpanią.

Tak, i znowu sięga mniej więcej 50 proc. Europy Zachodniej, mimo ogromnych zniszczeń majątku narodowego. W pierwszych latach po wojnie, wykorzystując entuzjazm ludzi, udało się doprowadzić do odbudowy PKB. Niestety od późnych lat 40. Polsce został narzucony stalinowski model rozwoju.

I budowaliśmy Nową Hutę pod Krakowem.

Była budowana z jednego powodu, takiego samego, dla którego był industrializowany Związek Radziecki. Żeby wytwarzać czołgi i armaty, za pomocą których Stalin chciał wygrać III wojnę światową.

Jak oceniać gospodarkę w PRL-u? Często spotykamy się z twierdzeniami, że uprzemysłowiono wtedy Polskę, zbudowano wielkie zakłady i elektrownie, wytworzono wielki majątek. A potem wyprzedano za bezcen.

Tu również mówi się wiele bzdur. Mamy kilka okresów PRL-u licząc od 1948 r., czyli całkowitej sowietyzacji reżimu polskiego.

Najpierw mieliśmy ciężki okres stalinowski. Wtedy zostały wybudowane fabryki, które nie musiały zdawać żadnego rynkowego testu, bo dysponowały technologią radziecką i miały budować czołgi. Nastąpiła zmiana związana z przeniesieniem ogromnej liczby ludzi ze wsi do miast. Jak się jednak wydaje, w pierwszej połowie lat 50. poziom życia ludności miejskiej spadał w stosunku do tego, co się udało uzyskać w końcu lat 40.

Po 1956 r. mieliśmy okres Gomułki, który zaczął się od nieśmiałych prób reform. Potem jednak poszedł drogą podobną co poprzednicy. Znowu forsowano rozwój przemysłu ciężkiego, kosztem nędznego poziomu życia Polaków. Oczywiście w latach 50. i 60. był wzrost PKB, ale skromny, ok 3 proc. rocznie. Wtedy Niemcy potrafiły rosnąć po 6-7 proc., a gwałtownie rozwijająca się Hiszpania znacznie przegoniła Polskę.

Lata 70. budzą najwięcej sporów.

Przychodzi Edward Gierek. Chce wypełniać nasze satelickie zobowiązania wobec Związku Radzieckiego, a jednocześnie próbuje ludziom dać coś więcej. Jedyny pomysł, który przyszedł do głowy ekipie Gierka to było pożyczenie kapitału na Zachodzie. Żeby wybudować fabryki, które będą wytwarzać towary na rynek krajowy i na eksport, by spłacić długi. Pomysł nie miał szansy realizacji z jednego powodu. Komunizm, z jego absurdalnym systemem zarządzania, nie miał szansy wybudować konkurencyjnego przemysłu.

Przez pierwsze 3 lata wyglądało to nieźle. Za pożyczone pieniądze udawało się osiągnąć wyraźny wzrost poziomu życia Polaków. Po pewnym czasie okazało się, że polskie fabryki nie są w stanie konkurować na świecie i zarabiać na spłatę kredytów.

W powszechnym mniemaniu ten kryzys zaczął się w 1980 r. od fali strajków. A przecież recesja była już w 1979 r.

Wybuch „Solidarności" pozwolił władzy komunistycznej twierdzić, że załamanie gospodarki jest z powodu strajków, bo ludzie nie chcą pracować. Ale w rzeczywistości to był typowy kryzys zadłużeniowy. Gospodarka zadłużyła się, nie była w stanie spłacić długów, zbankrutowała.

Transformacja przyniosła na samym początku kolejny spadek rejestrowanego PKB, o 18 proc. (prawdopodobnie skala spadku była mniejsza, ale ówczesna statystyka nie potrafiła sobie radzić z pomiarem aktywności małych prywatnych firm). W ogromnej mierze było to również spłacenie rachunku za komunizm, za gospodarkę, która nie była w stanie przystosować się do normalnego funkcjonowania na otwartym rynku. Dopiero od 1992 r. weszliśmy na ścieżkę normalnego wzrostu.

Gdzie bylibyśmy, gdyby nie komunizm?

W roku 1950 Polska była na poziomie rozwoju Hiszpanii. W Hiszpanii nie było wcale idealnego modelu rozwoju, rządzący Franco bał się otwarcia na świat, ale mimo to dzięki gospodarce rynkowej do 1990 r. dwukrotnie odskoczyła poziomem rozwoju od Polski.

Gdyby nie komunizm, to z dużym prawdopodobieństwem, Polska mogłaby być dzisiaj tam, gdzie jest Hiszpania. To jest kraj nadal biedniejszy niż Niemcy i zmagający się z wieloma problemami, ale z pewnością bardzo zamożny.

Dobrze wykorzystaliśmy ostatnie ćwierć wieku?

Kiedy w roku 1990 zaczęliśmy odbudowywać w Polsce gospodarkę rynkową, poziom PKB na głowę mieszkańca wynosił ok. 30 proc. Europy Zachodniej. Barierę 50 proc. osiągnęliśmy w 2008 r., dzisiaj zbliżamy się do poziomu 70 proc.. Wygląda na to, że udało się wreszcie na dobre przełamać magiczną barierę 50 proc., z od której odbijaliśmy się przez całe stulecie. Po raz pierwszy w historii aż tak zbliżyliśmy się do Europy Zachodniej. Dziś wyobrażalne – choć oczywiście nie zagwarantowane - jest dogonienie jej w perspektywie 20-30 lat, pierwszy raz w tysiącletniej historii Polski. Dodatki bilans ostatniego 100-lecia, to jest tak naprawdę głównie bilans ostatnich 25 lat.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL