Za takie właśnie angaże zarzuty dostał kilka dni temu były wiceminister spraw wewnętrznych Witold D. To już kolejne, jakie usłyszał w tzw. infoaferze.
O wszystkim opowiedział śledczym Andrzej M., były już dyrektor Centrum Projektów Informatycznych (CPI) i główny bohater afery dotyczącej korupcji przy rządowych przetargach. Zeznał, że w 2009 r. zatrudnił dwóch mężczyzn w Centrum na polecenie D., który jako wiceminister odpowiedzialny za informatyzację był jego przełożonym.
M. zeznał, że usług tych pracowników wcale nie potrzebował. Wiceminister miał go jednak poinformować, że Radosław B. i Paweł S. tak naprawdę będą pracować dla samego MSWiA (przy projekcie wprowadzenia biometrycznych dowodów osobistych; których zresztą do dzisiaj nie ma). Według prokuratorów złamał zatem przepisy, które nie pozwalają na taką dowolność w zatrudnianiu pracowników.
W efekcie Prokuratura Apelacyjna w Warszawie zarzuciła Witoldowi D., że polecając szefowi CPI zaangażować obu panów, przekroczył swoje uprawnienia, „czym działał na szkodę interesu publicznego" i w celu osiągnięcia przez zatrudnionych korzyści majątkowej.
Dlaczego mowa o korzyści majątkowej? Obaj zatrudnieni pracowali na wyjątkowo korzystnych warunkach – na zasadach telepracy (w CPI nie było to normą). Dzięki temu najczęściej wykonywali swoje zadania, siedząc w domu. Do tego za solidne uposażenie: 3,1 tys. zł pensji i 6,7 tys. premii regulaminowej – łącznie prawie 10 tys. zł miesięcznie.