– Marzę o miesiącu miodowym – przyznał Dressel w jednym z amerykańskich programów telewizyjnych, odpowiadając na pytanie o plany na najbliższe tygodnie. Odkąd w walentynkowy weekend pobrał się ze swoją szkolną miłością, nie miał czasu udać się z nią w podróż poślubną. Wszystko podporządkował igrzyskom. Na prawym przedramieniu wytatuował sobie nawet pięć kół olimpijskich.

Meghan cierpliwie czekała, bo rozumie, ile wyrzeczeń wymaga kariera sportowca, sama pływała w szkole średniej i na studiach, a jako magister w dziedzinie terapii małżeńskiej i rodzinnej wie, jak pielęgnować związek i wspierać męża.

– Kiedy już pierwszego dnia po ślubie zobaczyłem obiad na stole, kiedy podwiozła mnie na wizytę u lekarza, pomyślałem: „Teraz wiem, co to znaczy być żonatym". Powinienem był to zrobić dużo wcześniej – wspomina Dressel.

Udane życie rodzinne z pewnością pomaga oczyścić głowę przed zawodami. Ale nie bez znaczenia jest też wsparcie, jakiego Dresselowi udzielił Phelps. Pięć lat temu w Rio sięgnęli razem po złoto w sztafetach (4x100 m dowolnym i 4x100 m zmiennym).

To tam nastąpiło przekazanie władzy. Stary mistrz ogłosił zakończenie kariery, nowy wypłynął na szerokie wody. Już rok później na mistrzostwach świata zdobył siedem złotych medali. Na kolejnych dorzucił sześć złotych i dwa srebrne, rozprawił się także z dziesięcioletnim rekordem świata Phelpsa na 100 m motylkiem.

W Tokio startował w sześciu konkurencjach, zgarnął niemal całe złoto, nie udało się tylko w sztafecie mieszanej 4x100 m zmiennym. Reprezentacja USA zajęła piąte miejsce. – Jeśli popłynąłeś źle i niczego cię to nie nauczyło, poniosłeś porażkę. Jeśli jednak wyciągnąłeś z tego wnioski, jesteś wygranym – mówi Dressel, który nie miał sobie równych na 50 i 100 m dowolnym oraz 100 m motylkowym. – Nie chcę, aby przez te medale zmieniło się moje życie. Podoba mi się to, które wiodłem dotychczas. Jeśli mam być szczery, sport był o wiele fajniejszy, gdy nikt nie znał mojego imienia. Ale nadal sprawia mi dużo radości – podkreśla Dressel.

W wolnych chwilach lubi grać na konsoli, łowić ryby i polować. Łowienie medali też wychodzi mu doskonale. Złotych wywalczył tyle samo, co Phelps w Rio. Ale od porównań do starszego kolegi ucieka, chce tworzyć własną historię.

Więcej medali z Tokio wywiozła tylko australijska pływaczka Emma McKeon – druga kobieta, która zdobyła siedem krążków na jednych igrzyskach. Wcześniej dokonała tego radziecka gimnastyczka Maria Horochowska (Helsinki 1952). Ale tylko dwa z nich były złote, tymczasem McKeon triumfowała w czterech konkurencjach.

– Wciąż wydaje mi się to surrealistyczne. Dorastałam, oglądając niesamowitych sportowców z mojego kraju, i marzyłam, by być taka jak oni – mówi. Z tych marzeń nic by nie wyszło, gdyby rzuciła pływanie, a brała to pod uwagę, kiedy zabrakło dla niej miejsca w reprezentacji na igrzyska w Londynie (2012).

Zrobiła sobie przerwę od treningów, rozstała się ze swoim szkoleniowcem. Na szczęście poleciała do Anglii dopingować brata (pochodzą z rodziny o bogatych pływackich tradycjach, ich ojciec – też były olimpijczyk – prowadzi ośrodek treningowy), poczuła atmosferę igrzysk i zdanie zmieniła. W Rio sięgnęła po cztery medale, a w Tokio stała się najbardziej utytułowaną olimpijką w historii Australii. – Nie zawracam sobie głowy statystykami, ale to zaszczyt i dowód, że ciężka praca popłaca – zaznacza.

Wiedzą to również jej koleżanki z kadry. 20-letnia Kaylee McKeown, specjalistka od stylu grzbietowego, która cztery medale zadedykowała ojcu zmarłemu na raka mózgu („Jest ze mną przez cały wyścig. To rodzaj supermocy"). Trzy lata młodsza Mollie O'Callaghan, która pomogła dziewczynom ze sztafet stanąć trzykrotnie na podium. Wreszcie 21-letnia Ariarne Titmus – ona rzuciła wyzwanie królowej stylu dowolnego Katie Ledecky i odebrała Amerykance tytuły na 200 i 400 m.

Ledecky i tak przeszła do historii, zdobywając trzecie z rzędu złoto na 800 m. Wygrała też debiutujący w olimpijskim programie wyścig na 1500 m. A później zabrała głos na temat towarzyszącej wszystkim czołowym sportowcom presji w kontekście wycofania się z rywalizacji jej rodaczki, multimedalistki w gimnastyce Simone Biles. – Ludzie mnie otaczający przypominają mi, że życie nie kończy się na pływaniu i igrzyskach. To pomaga zachować równowagę – zdradza receptę na sukces Ledecky, która lubi szachy, scrabble i grę na pianinie.

Pływacy zyskiwali podziw i uznanie, ale niektóre medale budziły kontrowersje. Król stylu grzbietowego Jewgienij Ryłow, reprezentujący Rosyjski Komitet Olimpijski, przełamał trwającą od 1992 r. amerykańską dominację na 100 m, a Ryan Murphy, który tytuł na tym dystansie stracił, stwierdził, że ciężko startuje się z niepewnością, czy wyścig był czysty. Tłumaczył, że nie oskarża rywala o doping, ale o rosyjskich grzechach zapomnieć trudno.

Pustkę po Phelpsie wypełnia Dressel, a olimpijski tytuł najszybszego człowieka świata przejął po Bolcie nieoczekiwanie Lamont Marcell Jacobs, Włoch urodzony w Teksasie. Do niedawna trenował skok w dal, a na setkę miał problemy ze złamaniem granicy dziesięciu sekund. Ale już w debiucie na igrzyskach został pierwszym od prawie 30 lat Europejczykiem, który wygrał królewski dystans. Poprzednim był Brytyjczyk o jamajskich korzeniach Linford Christie (złoto w Barcelonie).

Jacobs wymazał z tabel utrzymujący się od 2004 r. rekord Europy (9,80), a potem poprowadził jeszcze do zwycięstwa włoską sztafetę. Znów smakiem obejść musiał się Andre De Grasse. Kanadyjczyk, typowany na następcę Bolta, brązowe medale na 100 m i w sztafecie 4x100 powetował sobie pierwszym złotem dużej imprezy na dwukrotnie dłuższym dystansie (19,62).

De Grasse i Jacobs walczą o tron, a królowa sprintu jest tylko jedna. Elaine Thompson-Herah uzyskała w Tokio hat tricka. Triumfowała i na 100, i na 200 m, a do kompletu dołożyła złoto z jamajską sztafetą 4x100. Uczyniła to jako pierwsza kobieta od czasu Florence Griffith-Joyner (Seul 1988).

Thompson-Herah ma już pięć tytułów olimpijskich, więcej – siedem – uzbierała tylko Allyson Felix. Ostatnie złoto Amerykanki, w sztafecie 4x400, było jednocześnie jej 11 medalem (w Tokio sięgnęła też po brąz na 400 m). Zaczynała jeszcze jako nastolatka w Atenach, dziś już jako dojrzała kobieta i matka stała się najwybitniejszą lekkoatletką w dziejach igrzysk. Wyprzedza ją tylko legendarny długodystansowiec Paavo Nurmi (dziewięć złotych, trzy srebrne w latach 1920–1928).

Pochodząca z Etiopii, a reprezentująca Holandię Sifan Hassan swoją medalową historię zaczęła pisać w Tokio, nie dając rywalkom szans na 5 i 10 km. I choć nie zrealizowała planu o wygranej także na 1500 m (była trzecia), zrobiła wystarczająco dużo, by wymieniać ją jednym tchem z największymi. Przez tydzień na stadionie olimpijskim pokonała łącznie prawie 25 km, za metą ostatniego biegu upadła, z trudem łapała oddech. Przyznała, że w takim stanie nigdy nie była i że czuje ogromną ulgę. – Wreszcie mogę się spokojnie wyspać, bo dotąd budziły mnie koszmary, że porwałam się na niemożliwe – opowiadała Hassan.

I tak zostanie, być może nawet na trzy lata, gdy podejmującym najcięższe wyzwania zacznie śnić się Paryż.