Konferencja "Polska – Niemcy w przededniu polskiej prezydencji w UE" odbyła się w Wyższej Szkole im. Józefa Tischnera.

Polacy i Niemcy dyskutowali o znaczeniu polityki historycznej prowadzonej przez państwo i podawania kontekstu nawet bolesnych wydarzeń.

– Żydowskie ofiary zawsze mają u nas pierwszeństwo, na drugim miejscu będą pewnie Romowie i homoseksualiści. O tych, którzy w czasie wojny ginęli na Wschodzie, często zapominamy – mówiła publicystka Helga Hirsch z Berlina. Zaznaczyła, że jest przeciwna jakiejkolwiek hierarchii ofiar i tego rodzaju porównywaniu cierpienia. – Ale mikrohistorie konkretnych ludzi są dla mnie, jako dziennikarki, ważne. To one budzą emocje i sprawiają, że interesujemy się przeszłością – dodała

– Zgadzam się nawet na opowieść o esesmanie, który pomagał więźniowi w Auschwitz, skoro takie przypadki się zdarzyły, ale pod warunkiem że osoba, która takiej relacji słucha, wie, czym była SS – mówił prof. Piotr Madajczyk z Instytutu Studiów Politycznych PAN dyskutujący z niemiecką publicystką w czasie panelu "Pamięć i historia – polsko-niemiecki węzeł gordyjski?". Uznał też, że m.in. na skutek niemożności uczciwej debaty o relacjach z naszym zachodnim sąsiadem w PRL jesteśmy nieco przewrażliwieni np. podczas rozmowy o wypędzeniach.

– Znaczenie ma i kontekst, i semantyka – stwierdziła prowadząca debatę dr Joanna Lubecka z Wyższej Szkoły im. Józefa Tischnera. – Podczas zrobionych w USA badań w jednym z college, ów w Krzemowej Dolinie okazało się, iż studenci pytani, kim są naziści, odpowiedzieli, że to Polacy. Dlaczego? Bo skoro obozy zagłady były w Polsce, a media mówią o "polskich obozach", to naziści musieli być Polakami.

– Nie mówimy o japońskiej wojnie atomowej, choć zrzucono ją w Japonii – przypomniał prof. Zdzisław Krasnodębski pracujący na Uniwersytecie w Bremie. Jego studenci, jak stwierdził, obozy koncentracyjne niechętnie jednak określają "niemieckimi".